Alfabet ZAPa

A

B

Banister, Roger– neurolog, pierwszy człowiek, który przebiegł milę w mniej niż cztery minuty, rektor Pembroke College (1985-1993). Był szczególnie zainteresowany moją działalnością we wschodniej Europie. Zawsze gratulował mi, gdy coś osiągnąłem, w przeciwieństwie do wielu moich kolegów w koledżu, którzy uważali, że jako oksfordzki don powinienem zajmować się tylko Oksfordem, a nie krajami zagranicznymi. Wytypowaliśmy go jako kandydata na rektora zaglądając do encyklopedii sławnych ludzi. Na „A” nic nie znaleźliśmy, natomiast na „B” od razu zauważyliśmy Rogera. Ustaliliśmy, że to nasz kandydat.

Bór-Komorowski, Tadeusz– generał Armii Krajowej (1943-1946), jeden z dowódców Powstania Warszawskiego.

Poznałem go w Londynie na obchodach 25-lecia powstania pułku Baszta, w którym służyłem podczas Powstania. Był gościem honorowym na imprezie. Spotkanie ograniczyło się do uściśnięcia sobie dłoni. 

Borusewicz, Bogdan– działacz Solidarności w Gdańsku, marszałek Senatu (2005-2015). Zasiadaliśmy razem w radzie Fundacji Batorego i zainteresowałem go rozszerzeniem programu kształcenia młodych działaczy polonijnych ze wschodniej Europy na cały świat. Moim zdaniem senat z tak zwanego Funduszu Polonijnego marnował pieniądze na starą emigrację na Wschodzie, natomiast na Zachodzie było wielu chętnych ludzi do pracy dla Polski. Zgodził się i dzięki rządowym środkom zorganizowałem program kształcenia liderów. 

Spotykał się z jego uczestnikami na kolejnych szkoleniach i zawsze wyrażał wielkie zadowolenie z ich osiągnięć. Program później został przejęty i rozszerzony przez Ministra Spraw Zagranicznych Radosława Sikorskiego.

Jedna z uczestniczek, Polka z północnego Kaukazu, przysłała mi kartkę z wiadomością „Chcę panu serdecznie podziękować, ten program zmienił moje życie”.

Brzeziński, Zbigniew– politolog, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w czasie prezydentury Jimmy’ego Cartera (1977–1981). 

Poznaliśmy się przypadkowo w Warszawie na początku rządów Gomułki, a potem spotykaliśmy się kilkakrotnie w Waszyngtonie. Rozmawialiśmy głównie o sytuacji politycznej w Polsce. Mieliśmy na ogół bliskie poglądy. Jego syn Marek był moim doktorantem na Oksfordzie i obronił świetny doktorat na temat początku konstytucjonalizmu w Polsce w trakcie komunizmu

C

Cimoszewicz, Włodzimierz– polski polityk lewicowy, premier RP (1996-1997). Poznaliśmy się kiedy byliśmy członkami Komisji Konstytucyjnej prof. Geremka. Naszym głównym tematem rozmów był jego pobyt w Stanach Zjednoczonych w ramach stypendium Fulbrighta. Zjedliśmy razem kolację w Londynie, gdy był na oficjalnej wizycie jako Minister Sprawiedliwości. Wyświadczył Szkole Liderów wielką przysługę, spotykając się z delegacją American Young Political Leaders, z którą Szkoła Liderów miała wymianę. Gdy jako poseł z Białegostoku gościł delegację skandynawskich socjalistów, zaprosił mnie, żebym wziął udział w polowaniu na dziki, które było główną atrakcją. Jako wegetarianin odrzucający ubój i jedzenie zwierząt, musiałem odmówić.

Clinton, Bill– prezydent Stanów Zjednoczonych (1993–2001). Stypendysta fundacji Rhodesa. W czasie jego pobytu w Oksfordzie byłem przez pewien czas jego opiekunem naukowym. Później spotykałem się z nim kilkakrotnie w Warszawie i Waszyngtonie podczas jego prezydentury. W wywiadzie dziennikarskim wyraził się bardzo pochlebnie o mnie jako tutorze i zakończył wypowiedź frazą (nie jestem pewien czy dokładnie) „I enjoyed his teaching and really loved the guy”. Pamiętam go jako bardzo sympatycznego, otwartego człowieka. Clinton przyjął mnie, żonę i syna w Białym Domu. Spotykaliśmy się również regularnie kiedy odwiedzał Oksford. Ostatni raz spotkaliśmy się w hotelu Sobieskiego, gdy miał wysokopłatny wykład na temat globalizacji. Potem zaprosił mnie do swojego pokoju, gdzie wspominał stare, dobre, oksfordzkie czasy. Powiedział, że cenił tutoriale ze mną, ponieważ starałem się mówić o komunizmie obiektywnie i pochodziłem z Europy Wschodniej, a zatem znałem jej problemy lepiej niż Brytyjczycy czy Amerykanie. 

Clinton, Hillary– Sekretarz Stanu w czasie prezydentury Baracka Obamy (2009-2013), kandydatka na prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Widzieliśmy się kilka razy, jedno długie spotkanie szczególnie zapadło mi w pamięć podczas oficjalnej wizyty państwa Clintonów w Polsce, gdzie siedzieliśmy naprzeciw siebie przy stole VIPów. Rozmawialiśmy głównie o moich doświadczeniach wojennych. Szczególnie interesowała ją Armia Krajowa i Powstanie Warszawskie. Hillary potem zaprosiła mnie do Białego Domu. Moim zdaniem była świetną kandydatką na prezydenturę ze względu na ostrość umysłu i stanowczość. Niestety, wydaje mi się, że w przeciwieństwie do męża nie potrafiła zawierać ciepłych i osobistych relacji.

Gdy Clintonowie odlatywali do Stanów Zjednoczonych, uczestnicy spotkania uformowali długą kolejkę, żegnając się z prezydencką parą. Gdy podszedłem, Hillary wyrzuciła ręce do góry z zadowolenia i pocałowała mnie w policzek.

Czyrek, Józef– minister spraw zagranicznych PRL (1980-1982), Członek Biura Politycznego PZPR (1981-1989). Przyleciał do Anglii w celach służbowych i przy okazji chciał pokłonić się Szekspirowi. Na sugestię ambasadora Starewicza w drodze do Stratford-on-Avon zatrzymał się w moim koledżu na długą rozmowę i dobrą cherry. Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy w Warszawie w biurze Komitetu Centralnego. Najciekawsze było nasze ostatnie spotkanie pod koniec lat 80., gdzie Czyrek opowiadał mi o gotowości PZPR na kompromis z Solidarnością. Wydawało mi się, że traktował mnie jako pośrednika w kontaktach z opozycją. Okazało się, że to była nieoficjalna zapowiedź rozmów przy Okrągłym Stole, które były kluczowe dla historii Polski. 

D

Księżna Diana– rozwiedziona żona następcy brytyjskiego tronu księcia Karola. Poznałem ją podczas koncertu Krzysztofa Pendereckiego w Londynie, któremu patronowała. Byłem uderzony jej pięknością i sposobem intensywnego spoglądania na rozmówców. Bardzo głęboko przeżywałem jej tragiczną śmierć w paryskim tunelu w 1997 r.

E

Elżbieta II– królowa Zjednoczonego Królestwa (od 1953). Poznałem ją podczas nadania odznaczenia Oficera Orderu Imperium Brytyjskiego (OBE). W ciągu dwuminutowej rozmowy życzyła mi powodzenia w budowie demokracji w Polsce, dodając z uśmiechem, że „to chyba będzie trudne”. Dowiedziałem się później, że odznaczenie wyszło z inicjatywy British Foreign Office, który był pod wielkim wrażeniem tego, jak wielu polskich studentów i naukowców odwiedziło Oksford dzięki mojej pomocy.

F

G

Geremek, Bronisław– doradca Wałęsy, Minister Spraw Zagranicznych RP (1997-2000), specjalista od historii średniowiecza we Francji. Zapoznał mnie z nim Tadeusz Mazowiecki. Mianował mnie swoim doradcą w kwestii pisania nowej konstytucji w Polsce po 1989. Wyrażał się bardzo pochlebnie o moim zaangażowaniu w życie publiczne w Polsce. Uważałem go za wspaniałego człowieka ze względu na jego rozsądek polityczny i patriotyzm. Był z pochodzenia Żydem, jego ojciec był rabinem.

Gomułka, Władysław– I sekretarz KC PZPR (1956-1970) wybrany pomimo oporów ZSRR. Przez jego nominację powstało napięcie na linii polsko-sowieckiej, które starały się załagodzić Chiny, wysyłając dużą delegację z premierem Zhou Enlai na czele. Byłem na spotkaniu z Chińczykami w hotelu Bristol jako tłumacz dziennikarza brytyjskiej gazety. Tam spotkałem Gomułkę. W części wstępnej, gdzie serwowano wódkę i kanapki z łososiem, zauważyłem grupkę około pięciu dziennikarzy otaczającego Gomułkę. Dołączyłem do nich i przysłuchiwałem się rozmowom. Gomułka stanowczo mówił „ciągle atakujecie aparat partyjny w swoich gazetach, ale kto według was może rządzić Polską? Komitety Rewolucyjne?” Swoje oficjalne wystąpienie premier Zhou Enlai zakończył toastem na rzecz obozu socjalistycznego ze Związkiem Radzieckim na czele. Gomułka zakończył swoje wystąpienie toastem na rzecz partii Chińskiej, Jugosłowiańskiej, Polskiej itd. Według niego nikt nie miał pierwszeństwa w obozie socjalistycznym. Polacy żartowali, że są najweselszym barakiem w obozie.

Gowin, Jarosław– polski polityk, założyciel i prezes partii Porozumienie (od 2017). Zwrócił się do mnie jako student z prośbą o pomoc ze stypendium na Cambridge, które miało mu pomóc w ukończeniu doktoratu. Później mieliśmy dużo kontaktu, gdy Gowin pracował w katolickim wydawnictwie „Znak”, a jeszcze więcej, gdy projektował kolegium Tischnera w Krakowie i prosił mnie o różne informacje co do jego programu. Niestety nie udało mi się go przekonać, że akcent na kształcenie liderów w kolegium może odróżnić tę uczelnię od UJ i przyciągnąć ciekawych kandydatów. Nasze ostatnie spotkanie było w moim hotelu w Warszawie, wkrótce po mojej utracie wzroku, gdy Gowin złożył mi wizytę jako wicepremier i minister nauki i szkolnictwa wyższego i opowiedział o swoich planach reform uniwersyteckich.

H

Heath, Edward– lider partii konserwatywnej, premier Wielkiej Brytanii (1970-1974). Poznaliśmy się na koncercie w Balliol College. Był zaciekawiony moją przeszłością i Powstaniem Warszawskim. Zainteresował się bardzo tym, że jego koledż ma polskiego wykładowcę i zaprosił mnie, aby go odwiedzić, gdy był szefem jednostki pilnującej dyscypliny partyjnej. Niedługo potem został wybrany szefem partii i nie miałem już odwagi skorzystać z zaproszenia. Ceniłem go jako polityka, szczególnie za podpisanie aktu akcesji Wielkiej Brytanii do Unii Europejskiej. Jeden z moich kolegów w Oksfordzie był później jego sekretarzem i zaprosił mnie i moją żonę Denise na zwiedzanie całej rezydencji na 10 Downing St. Trafiliśmy na remont i moja żona spędziła godzinę na rozmowach z ekipą remontującą na temat tego, jakich środków czystości używają.

Heseltine, Michael– brytyjski polityk konserwatywny, znany ze sporu z premier Thatcher w sprawie stosunków z UE. Był absolwentem Pembroke College, gdzie go czasem widywałem, a raz odbyliśmy bardzo długą rozmowę w Ambasadzie Brytyjskiej w Polsce. W środku lata dostałem telefon od ambasady, że Heseltine wraca z Czechosłowacji i nie ma kogo zaprosić na kolację. Oczywiście skorzystałem z okazji. Podczas posiłku rozmawialiśmy o sosnach w Czechosłowacji, które pojechał zakupić, żeby uzupełnić swój ogród botaniczny w Burberry.

Howe, Geoffrey– minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii (1983-1989), przyczynił się do upadku Margaret Thatcher swoją krytyką jej antyeuropejskiego stanowiska. Razem z Georgem Sorosem spotkaliśmy się z nim w Foreign Office, aby przekonać go do finansowania programu wizyt rosyjskich doktorantów w Oksfordzie. Później spotkałem go przed swoim domem na wsi na spacerze z córką i wnuczką. Howe miał domek letniskowy w wiosce obok. Przedstawił mnie swojej córce jako „prawa ręka Sorosa”.

I

J

Jaruzelski, Wojciech– generał Ludowego Wojska Polskiego, I sekretarz KC PZPR (1981-1989), prezydent RP (1989-1990). Spotkałem go krótko na międzynarodowej konferencji w Warszawie, którą Jaruzelski objął patronatem jako prezydent. Za moim pośrednictwem Soros spotkał się z Jaruzelskim po powstaniu Fundacji Batorego w Warszawie. W czasie krótkiej rozmowy pochwalił George Sorosa jako bardzo mądrego człowieka. Byłem zaproszony przez Sorosa do udziału w spotkaniu, ale niestety zajęcia akademickie nie pozwoliły mi jechać do Warszawy. Soros opisuje pokrótce spotkanie z Jaruzelskim w swoim zbiorze artykułów Opening The Soviet System (1990) i poleca Jaruzelskiemu rozmowę z Geremkiem. Jaruzelski był mocno uprzedzony do działaczy Solidarności żydowskiego pochodzenia, nazywając tę część opozycji „kosmopolityczną” i niegodną zaufania. Elita PRL wierzyła, że Michnikowi i jego otoczeniu zależało tylko na skompromitowaniu komunistów.

K

Kaczyński, Jarosław– prezes PiS (od 2003), premier (2006-2007) i wicepremier RP (od 2020). Jarosław pewnego razu udzielał prelekcji w Szkole Liderów na temat zerwania swoich stosunków z prezydentem Wałęsą. Po części oficjalnej Kaczyński poszedł na piwo z młodzieżą ze Szkoły Liderów. Przysłuchując się dyskusji, zauważyłem, że Jarosław jest pełen poczucia krzywdy i skarżył się, że jego polityczne otoczenie w latach 90. zdradziło go. Rozmowa trwała do nocy i przygnębiła mnie ze względu na brak strategicznej wizji Kaczyńskiego i jego emocjonalne podejście do polityki. Od tamtej pory obserwuję jego działalność i utwierdzam się w przekonaniu, że to człowiek, który kieruje się emocjami, a nie chłodnym rozsądkiem.

Kaczyński, Lech– prezydent RP (2005-2010). Spotkałem go w Pałacu Prezydenckim, gdy wręczał mi nominację na honorowego patrona Muzeum Powstania Warszawskiego. Pewnego dnia dostałem zaproszenie od Kancelarii Prezydenta na uroczystość otwarcia Muzeum Powstania Warszawskiego. Na miejscu otrzymałem honorowe członkostwo rady muzeum. Mimo to uczestniczyłem w życiu Muzeum rzadko i symbolicznie, głównie ze względu na mój krytyczny stosunek do Powstania Warszawskiego. Tak jak generał Anders, generał Sosnkowski i generał Kukiel, uważałem, że Powstanie nie miało szans powodzenia i było tragiczną pomyłką.

Po wyjściu z ceremonii otwarcia gwałtownie zahamował przede mną młody cyklista i zapytał się, czy jestem Powstańcem. Gdy odpowiedziałem mu, że tak, zasalutował i powiedział, że w imieniu młodzieży polskiej dziękuję mi za Powstanie. Był to przykład jak Powstanie zostało wyidealizowane w społeczeństwie, zwłaszcza wśród polskiej młodzieży.

Karski, Jan– „Kurier z Warszawy”, profesor Uniwersytetu Georgetown w Waszyngtonie. Pierwszy człowiek, który sporządził i przekazał raport Amerykanom o istnieniu Holokaustu. Amerykanie nie uznali jednak wiarygodności Karskiego i nie zdobyli się na żadne działania.

Poznałem go na lunchu w Georgetown podczas wystawy sztuki polskiej.

Rozmawialiśmy na temat stosunków międzynarodowych, które wykładał na swoim uniwersytecie. Widziałem się z Karskim jeszcze dwa razy w Waszyngtonie, ale nasze rozmowy były krótkie i kurtuazyjne. Jego książka pod tytułem Story of a Secret State zrobiła na mnie ogromne wrażenie.

Kołakowski, Leszek– filozof, publicysta. Poznaliśmy się, gdy po raz pierwszy odwiedziłem Polskę po 1956 roku. Zapoznał nas ze sobą na herbacie profesor Julian Hochfeld, jego intelektualny mentor. Zostawiłem wizytówkę Leszkowi i jakiś czas później dowiedziałem się, że został zwolniony z pracy w Uniwersytecie Warszawskim i znalazł stanowisko w Uniwersytecie w Montrealu na jeden rok. Przed rozpoczęciem nowej pracy chciał odwiedzić Oksford i ponownie się spotkać. Zorganizowałem mu świetne przyjęcie, które być może wpłynęło na jego decyzję podjęcia stanowiska Research Fellow w All Souls College po zakończeniu kadencji w Montrealu. W trakcie pobytu w Anglii napisał trzytomowe Główne nurty marksizmu. W Oksfordzie pogłębiliśmy naszą znajomość. Choć miałem do niego wielkie uznanie jako człowieka z charakterem i naukowca, nigdy nie staliśmy się prawdziwymi przyjaciółmi. Myślę, zastrzegając, że są to tylko moje przypuszczenia, że mój udział w AK i Powstaniu Warszawskim były w jego oczach wyrazami nacjonalizmu, który potępiał. Choć w Polsce jest cenionym filozofem, w Oksfordzie był znany jako eseista.

Komorowski, Bronisław– prezydent RP (2010-2015). Prowadził kampanię prezydencką w Anglii, szukał wyborców wśród polskich studentów. Spotkaliśmy się w LSE, jego sekretarz był absolwentem Szkoły Liderów, dlatego pozostawaliśmy w ścisłym kontakcie. Trochę naiwnie w mojej opinii twierdził, że emigranci po ukończeniu studiów wrócą do Polski. W Anglii był na nich wielki popyt, dostawali lepszą pracę i warunki życia. Jako Marszałek przyjmował kolejne roczniki uczestników Szkoły Liderów. Podczas urzędowania spotkał się ze mną w 25. rocznicę Okrągłego Stołu, żeby odznaczyć mnie Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Prezydent, wręczając mi order, powiedział „Pan wychował tylu wspaniałych Liderów, dziękuję”.

Kwaśniewski, Aleksander– prezydent RP (1995-2005). Spotkaliśmy się na początku jego kariery, gdy był jeszcze Ministrem Sportu i zaprosił mnie i kolegów z Oksfordu na międzynarodowy mecz piłki nożnej w Warszawie. Z okazji moich 80. urodzin przesłał mi bukiet czerwonych róż. Pamiętam, jak stałem przy drzwiach siedziby Fundacji Batorego, gdzie odbywało się moje przyjęcie urodzinowe, gdy nagle podszedł do mnie kurier i zapytał się, czy znam Zbigniewa Pełczyńskiego. Odpowiedziałem, że to ja, we własnej osobie. Kurier zaś powiedział, że przynosi mi podarunek od prezydenta.

Uważam, że sprawował urząd prezydenta bardzo sprawnie. Gdy upłynęła jego kadencja, spotkaliśmy się parę razy w Anglii na kongresach studenckich.

L

M

Macmillan, Harold– lider partii konserwatywnej, premier Wielkiej Brytanii (1957-1963), kanclerz Uniwersytetu w Oksfordzie, wizytator Pembroke College (nominalna średniowieczna funkcja). Rektor McCallum zapoznał mnie z nim przy okazji otwarcia nowego dziedzińca koledżowego. Niestety nasza rozmowa szła fatalnie. Po kilku minutach znudzony Macmillan wręczył mi kieliszek szampana i powiedział, że musi iść na chwilę do łazienki – „I must positively go and pee” – po czym już go na imprezie nie zobaczyłem.

Spał w moim apartamencie. Nie miałem chodniczka w łazience, więc położyłem czarny ręcznik, którego nigdy nie lubiłem. Później pokazywałem moim studentom ten ręcznik, tłumacząc, że leżał pod stopami premiera.

Szczególnie pamiętna była nasza kameralna kolacja z kolejnym rektorem Pembroke sir Georgem Pickeringem, podczas której wynurzył się temat romansu Johna Profumo, ministra obrony, z panną Christine Keeler, która miała już na koncie romans z sowieckim attaché wojskowym.

Profumo zapytany oficjalnie w Izbie Gmin skłamał, że romans nie miał miejsca.

Macmillan, skomentował cały incydent w naszej rozmowie: „Co miałem zrobić? Wierzyłem mu, bo uważałem go za dżentelmena, a dżentelmeni nigdy nie kłamią”.

Kolejne pamiętne spotkanie również odbyło się w Pembroke po kolacji, gdzie siedzieliśmy obok siebie w Senior Common Room. Gdy dowiedział się o moim udziale w ruchu oporu i Powstaniu Warszawskim Macmillan zapytał mnie, jak znalazłem się w Wielkiej Brytanii. Opowiedział mi o swoim spotkaniu z generałem Andersem we Włoszech.

Jego zadaniem jako przedstawiciela rządu Wielkiej Brytanii było przekazać wiadomość generałowi Andersowi o tym, że Wielka Trójka zgodziła się na oddanie Ziem Wschodnich ZSRR po wojnie. Macmillan powiedział „to była moja najtrudniejsza rozmowa w życiu, ponieważ wiedziałem, że większość żołnierzy Andersa pochodzi z Kresów Wschodnich i nie będzie mogła wrócić do wolnej Polski. Anders był głęboko wzburzony. W pewnym momencie usłyszałem hałas czołgów i przypomniałem sobie, że pałacyk we Włoszech, w którym obaj rozmawialiśmy jest otoczony polskim wojskiem. Przez chwilę myślałem, że Anders weźmie mnie jako zakładnika i w ten sposób zmusi rząd Wielkiej Brytanii do zmiany stanowiska”.

Ostatni raz się spotkaliśmy na kolacji gdzie zapytany przez rektora kto ma obok niego usiąść wskazał mnie nazywając swoim przyjacielem „Pelczynski of course, my old friend”.

Major, John– lider partii konserwatywnej, premier Wielkiej Brytanii (1990-1997). Zaprosił mnie i Denise na obiad w swojej rezydencji na Downing Street z okazji wizyty prezydenta Lecha Wałęsy w Polsce. Denise siedziała obok kapelana prezydenta Wałęsy i prowadziła ożywioną rozmowę w dwóch różnych językach – po łacinie i po włosku.

Mazowiecki, Tadeusz– działacz Solidarności, premier RP (1989-1991). Poznałem go, gdy był jeszcze związany z katolicką, a zarazem prokomunistyczną organizacją Pax i wydawał eseje. W esejach tych, które mi wręczył, doszukiwał się punktów wspólnych między marksizmem i katolicyzmem. Wydawało mi się to wtedy na tyle absurdalne, że nawet nie wdawałem się z nim w polemikę na ten temat. Nie byłem chrześcijaninem, ale służbowo wykładałem naukę społeczną katolicyzmu na uniwersytecie.

Gdy zapytałem go później o to, dlaczego w Polsce nigdy nie powstała partia chadecka, powiedział, że w takim środowisku nie byłoby miejsca dla Geremka lub Michnika. Nazwał to „solidarnością z kolegami z Solidarności”.

Przez kilka lat wynajmowaliśmy obok siebie gabinety w Warszawie i spotykaliśmy się na kawie i herbacie. Nigdy jednak nie rozmawialiśmy o polityce, być może wyczuwając fundamentalną różnicę poglądów. Myślę, że Mazowiecki zrobił ogromny błąd polityczny, gdy odrzucił propozycję Wałęsy do zostania premierem. Mazowiecki mógłby przynieść tylko same korzyści Polsce. Później kilkakrotnie był gościem Szkoły Liderów i wręczał absolwentom dyplomy z ciekawymi politycznymi komentarzami.

Murdoch, Iris– wykładowczyni filozofii na Uniwersytecie w Oksfordzie, autorka powieści. W mojej opinii filozofia nadała ciekawy i głęboki wymiar dla jej książek. Spotykaliśmy się przy służbowych okazjach. Pamiętam, że interesowała się Polską, ponieważ jej pierwsza powieść była o dwóch polskich braciach zakochanych w tej samej kobiecie. Gratulowałem jej, gdy wyszła za mąż za Johna Bailey’a. Zaprosili mnie z moją żoną na kolację. Denise uwielbiała jej powieści, więc rozmowy toczyły się głównie na temat tego, skąd Murdoch czerpie inspiracje. Iris bardzo interesowała się moim pochodzeniem i przeżyciami wojennymi, choć polskie wątki nie pojawiły się w jej późniejszych powieściach. Jej choroba Alzheimera i śmierć sprawiły mi wielki smutek. 

N

O

Orbán, Viktor– założyciel i lider niezależnej partii węgierskiej Fidesz (od 1993). Jej ideologia była początkowo liberalno-demokratyczna, ale stopniowo przesuwała się w prawo i obecnie Orban, mając ogromne poparcie w parlamencie, jest niemal dyktatorem.

Poznałem go gdy był kandydatem na jednoroczne stypendium doktoranckie w Oksfordzie, ufundowane przez Georga Sorosa. Rozmowa kwalifikacyjna w Budapeszcie wypadła mu świetnie. Gdy powiedział, że chce pisać doktorat na temat historii społeczeństwa obywatelskiego w Anglii, postanowiłem być jego opiekunem i przyjąć go do Pembroke College. Gdy tylko znalazł się w Oksfordzie, ostrzegł mnie, że jako lider partii będzie musiał opuścić Oksford i wziąć udział w wyborach jeśli komuniści uruchomią wczesne wybory. Tak się stało i Orban opuścił Oksford na końcu trymestru zimowego. Gdy poszedłem się z nim pożegnać, znalazłem go leżącego na materacu z żoną i dzieckiem. Ten obraz utkwił mi w pamięci. Ciekawa kariera, od piżamy w moim koledżu do dyktatora. Gdy wybory zostały rozpisane, wyjechałem z żoną Denise i grupą sympatyków do Budapesztu, aby kibicować opozycji antykomunistycznej, w tym Orbánowi. Razem z żonami zjedliśmy kolację na wieczór przed wyborami, po czym towarzyszyłem mu w drodze do lokalnej szkoły, gdzie znajdował się punkt wyborczy. Angielska delegacja spędziła wieczór w ciasnym biurze Fideszu, ciesząc się z wygranych wyborów. Nasze następne spotkanie odbyło się już w jego kancelarii w parlamencie, gdy został premierem. Wspomniał, że został zaproszony na spotkanie z prezydentem Clintonem, ale nie wiedział, jak zacząć z nim rozmowę. Radziłem mu, żeby po prostu powiedział, że obaj są moimi studentami i wręczył list wprowadzający. Był tym niesłychanie podekscytowany i czołowa gazeta węgierska opublikowała na temat tego spotkania artykuł ze zdjęciem Orbána wręczającego list wprowadzający dla Clintona. Z wdzięczności zostałem zaproszony na uczestnictwo rządowej delegacji węgierskiej gdy leciała do Brukseli na uroczystość przyjęcia Węgier i innych postkomunistycznych państw do NATO. Na zakończenie pobytu Orbán zaprosił mnie, mojego przyjaciela Marka Matraszka i kilka innych osób na kolację, która miała odbyć się w najlepszej belgijskiej restauracji Grand Palace. Orban powiedział, że zaprosił nas, gdyż wszyscy odegraliśmy ważną rolę w jego życiu i chciał nam za to w ten sposób podziękować. To było nasze ostatnie spotkanie i myślę, że następne byłoby niesłychanie żenujące ze względu na zmianę polityczną Orbána w stronę autorytaryzmu.

P

Pełczyński, Tadeusz– generał AK, który zadecydował o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego. Spotkaliśmy się w Londynie na obchodach 25-lecia powstania pułku Baszta. Gdy uścisnęliśmy sobie dłoń, powiedział, że słyszał o mnie dużo pozytywnych rzeczy. Później spotkaliśmy się w Londynie na moim wykładzie na temat aktualnych przemian politycznych w Polsce. Na końcu generał podszedł do mnie i pogratulował mi świetnego wystąpienia. Jakiś czas potem doniesiono mu, że w artykule na temat Katynia opublikowanego w Anglii wyraziłem się zbyt „ogólnikowo” na temat tego kto mógł dokonać zbrodni. Generał napisał krótki list do redakcji gazety emigracyjnej w Londynie.

„W związku z nazwiskiem Pana Pełczyńskiego z Oksfordu, które pojawiło się na stronach Waszego pisma, oświadczam, że nie jest członkiem mojej rodziny”.

Pinter, Harold– czołowy angielski dramaturg, Noblista. Poznałem go na spotkaniu promującym biografię ojca Georga Sorosa pod tytułem Maskarada. Zaczęliśmy dyskutować o amerykańskiej polityce. Gdy dowiedział się, że byłem tutorem Billa Clintona, bardzo się ożywił i starał się mnie przekonać, że nie powinienem mieć pozytywnego zdania o swoim byłym uczniu. Wręczył mi wizytówkę na pożegnanie. Gdy zadzwoniłem, zaprosił mnie na lunch we włoskiej restauracji. Spotkaliśmy się tam chyba cztery razy, rozmawiając głównie o moich wojennych perypetiach w Polsce. Przesłał mi egzemplarz swojego przemówienia, które wygłosił gdy otrzymał Nobla. Pod koniec jego życia próbowaliśmy się umówić na spotkanie we czwórkę z żonami. Moja żona uwielbiała biografię jego żony, Antonii Fraser. Pinter powiedział, że postara się znaleźć wolny wieczór, choć jest to często trudne. Później nastąpiła cisza. Wysłałem mu życzenia świąteczne i noworoczne i w odpowiedzi dostałem krótką pocztówkę „Dear Zbig, thank you for your Christmas wishes, I am afraid we have to postpone our plans, I have been diagnosed with a cancer of the throat”. Harold umarł kilka lat później, w 2008 roku.

Miałem zamiar wysłać mu szkic mojej sztuki pod tytułem „Gdy psy szczekają”, opartej na przygodzie żydowskiego profesora ukrywającego się na polskiej wsi z prośbą oceny, ale niestety nie zdążyłem.

Q

R

Rakowski, Mieczysław– redaktor popularnego pisma partyjnego Polityka, premier PRL (1988–1989), ostatni sekretarz KC PZPR. Chętnie spotykał się z ludźmi z zagranicy i odpowiadał na ich pytania o Polsce, w miarę obiektywnie. Partia pozwoliła mu prowadzić niezależny tygodnik, ponieważ robił dobrą propagandę dla partii za granicą w przekonujący, liberalny sposób.

Pamiętam jedno z naszych bardzo ciekawych spotkań w 1970 roku. Gdy Edward Gierek został sekretarzem PZPR, poprosiłem Rakowskiego o wywiad. Zapytałem, czy nie sądzi, że nowy sekretarz może być zapowiedzią liberalnych zmian w partii, skoro urodził się i wychował we Francji, a więc nie miał typowego sowieckiego pochodzenia. Rakowski spojrzał na mnie ze smutkiem „nie będzie żadnych zmian za mojego życia, ani za życia mojego syna, który jest teraz studentem, być może będą zmiany za życia jego syna”. Ten sam człowiek został ostatnim sekretarzem PZPR i wyprowadził sztandar PZPR, stając się tym samym symbolem końca komunizmu w Polsce.

Rokita, Jan– polski opozycjonista w czasach PRLu. Jest dla mnie postacią niemal tragiczną. Gdy premier Suchocka mianowała go szefem urzędu Rady Ministrów, zaprosił mnie jako swego głównego doradcę do zespołu, który powołał. Był przekonany, że struktura państwa, a przede wszystkim część wykonawcza wymaga całkowitej rekonstrukcji. Po długich cotygodniowych spotkaniach jego zespołu, na które przylatywałem z Oksfordu, udało mi się przekonać Rokitę, że zmodyfikowany system brytyjski będzie najbardziej odpowiedni dla Polski. Był mi za to bardzo wdzięczny i kilkukrotnie podkreślał ważność reform, które mu doradzałem. Był bardzo stanowczy, o błyskotliwym umyśle, który w sekundy łapał istotę rządowych instytucji brytyjskich.

Tragedią było to, że kiedy reformy były już gotowe i ponad sto komunistycznych ustaw zostało odwołanych, znowelizowanych lub zastąpionych, prezydent Wałęsa, moim zdaniem, zupełnie bezsensownie rozwiązał parlament i spowodował powrót komunistów do władzy. Niektóre z naszych reform zostały przejęte przez rząd premiera Pawlaka, ale większość upadła. Do tej pory można powiedzieć, że władza wykonawcza w Polsce ma dużo znamion komunizmu. Miałem kontrakt z rządem polskim o spędzenie kolejnego roku na wprowadzaniu reform, ale niestety do tego już nie doszło.

Żałuję, że od czasu serii porażek wizerunkowych i utraty członkostwa w Platformie Obywatelskiej w 2013 roku nie znalazł właściwego miejsca w polskiej polityce.

S

Sikorski, Radosław– Minister Spraw Zagranicznych RP (2007–2014). Twierdził, że wszystko, co osiągnął, zawdzięcza mnie. Gdy Sikorski ukończył maturę w Bydgoszczy, wyleciał do Anglii szukać pracy. Właściciel mieszkania w Anglii zadzwonił do mnie i powiedział, że wynajmuje mieszkanie dla ciekawego młodego Polaka. Ponoć zadeklarował się jako uchodźca polityczny, bo obawiał się aresztowania za publikacje w opozycyjnej gazetce w Bydgoszczy. Dostał azyl polityczny. Chciał studiować prawo, ale jego przyjaciel przekonał, żeby sprawdził kierunek PPE w Oksfordzie. Sikorski miał olbrzymią ilość szczęścia. Moi koledzy z PPE powiedzieli, że właśnie akurat zwolniło się miejsce na tym kierunku. Na rozmowie kwalifikacyjnej zrobił świetne wrażenie. W trakcie jego nauki rozrabiał w Oksfordzie i podobno puścił kaczkę, że jest spokrewniony z generałem Sikorskim. Dzięki temu dostał się do grona prestiżowych studentów uniwersytetu. W ramach inicjacji członkowie Bullingdon Club zdemolowali mu pokój w koledżu. Pisał bardzo dobre wypracowania, ale na drugim roku wyjechałem za granicę. Zabrał się do pisania artykułów politycznych i opuścił się w studiach. Kiedy wróciłem, pomogłem mu nadrobić materiał, dawałem mu dodatkowe ćwiczenia i zajęcia. Spotkał Ruperta Murdocha, który chciał kupić telewizję w Polsce i Sikorski pracował u niego, dostając sowitą pensję. Dzięki kontaktom w pracy poznał kogoś z nowopowstających partii i dostał się do gabinetu cieni w rządzie Olszewskiego jako specjalista od stosunków międzynarodowych. Po objęciu przez Sikorskiego teki ministra Gazeta Wyborcza skrytykowała go, że w trakcie studiów był hultajem i ledwo zdał ostateczny egzamin. Poprosił mnie o wysłanie do GW listu  rekomendującego go. Redakcja udostępniła na czwartej stronie wydania mój list, a na pierwszej zbiór plotek o Sikorskim. Jeden z polityków PiSu napisał, że to skandal, że Sikorski reprezentuje Polskę, mając tylko licencjat. Znowu zainterweniowałem i powiedziałem, że nie można porównywać edukacji w Oksfordzie do edukacji w Polsce.

Wiele lat wcześniej, kiedy powstał rząd Mazowieckiego, poleciałem do Polski, żeby zobaczyć jak wygląda układ sił politycznych. Spotkałem Radka na ulicy i poszliśmy napić się razem herbaty w klubie na tyle ambasady Stanów Zjednoczonych. Dyskutowaliśmy przez wiele godzin i Sikorski skomentował sytuację polityczną w Polsce twierdząc, że komuniści tylko chwilowo odeszli od władzy i niedługo ją odzyskają. Był przekonany, że Polskę może uratować tylko państwo podziemne i ja jako członek Armii Krajowej byłbym jego ważnym elementem. Zapytałem go, czy zwariował. Później Sikorski nabrał daleko lepszego pojęcia o sytuacji politycznej w Polsce.

Soros, George (György)– multimiliarder, filantrop, działacz polityczno-społeczny. Poznaliśmy się w Oksfordzie na przyjęciu, które zorganizował mój kolega, wykładowca filozofii w Balliol College, który chciał go zapoznać z Oksfordzkim Programem Gościnności stworzonym przeze mnie. Soros powiedział, że planuje założenie niezależnej Fundacji na Węgrzech i chciałby, żeby miała Oksfordzki program. Pół roku później skontaktował się ze mną i powiedział, że komuniści przystąpili na jego warunki i przyjęli pomysł rozpoczęcia wymian studenckich. Soros zaproponował jednoroczne stypendia dla węgierskich doktorantów, ale ponieważ nie wyraziłem względem nich entuzjazmu, zaoferował układ. „Za każdego Węgra który pójdzie do Oksfordu pokryję koszt stypendium jednego Polaka”. Zgodziłem się. Soros był zaproszony na spotkanie z pierwszą mieszaną grupą i rozmawiał zarówno z Węgrami, jak i Polakami. Gdy wychodziliśmy z pokoju, klepnął mnie po plecach i powiedział „Congratulations Zbig, this is the best thing I have ever done with my money so far”. W następnej grupie węgierskich stypendystów był Wiktor Orban. Moja współpraca z Sorosem trwała przez kilka lat, zabrał mnie ze sobą na wizytę w Moskwie, gdzie negocjował otwarcie drugiej fundacji, a później na wyprawę do Rumunii, gdzie starał się wznowić przedwojenną uczelnię w języku węgierskim. Aby wywrzeć presję na rząd rumuński, Soros zdecydował się objechać rumuńskie uniwersytety i przedstawić mnie jako organizatora rumuńskiego programu w Oksfordzie. W Bukareszcie pojawił się mały, biały samolot Cesna z dwoma austriackimi pilotami, z którymi podróżowaliśmy niemal przez tydzień, ale niestety bez rewelacji. Ostatni raz widziałem się z Sorosem w Nowym Jorku, gdy pojechałem z rektorem mojego koledżu Gilesem Hendersonem, aby zbierać fundusze na stanowisko w Pembroke College nazwane moim imieniem. Soros zaprosił mnie i moją żonę Denise do parku Avenue i zorganizował przyjęcie dla potencjalnych donatorów. Było to dzień przed przewrotem politycznym w Związku Radzieckim i razem z Denise oglądaliśmy w telewizji walkę Jelcyna z jego przeciwnikami.

Suchocka, Hanna– profesor prawa konstytucyjnego na UAM w Poznaniu, premier RP (1992-1993). Gdy dowiedziała się, że jest kandydatką na premiera, rozpłakała się z wrażenia. Sprawowała władzę opierając się na pomocy trzech osób: Jana Rokity, Bronisława Geremka i Tadeusza Syryjczyka. Gdy próbowałem zainteresować ją moimi pomysłami reform, odpowiedziała krótko: „Te sprawy należą do Janka Rokity”. Kiedy spotkałem ją w Warszawie w Urzędzie Rady Ministrów, żartobliwie zaoferowałem, że będę brał jej jamniki na spacer do Alei Ujazdowskich, ale odpowiedziała, że od jamników są żołnierze, natomiast potrzebuje towarzystwa w głównej loży w Teatrze Narodowym. Udało nam się zobaczyć wspólnie kilka sztuk. Pewnego wieczoru, gdy komisja Rokity kończyła pracę późnym wieczorem, zaprosiliśmy ją na kolację. Odpowiedziała, że nie ma ochoty wychodzić na miasto, ale chętnie ugotuje nam kolację w kuchni biurowej. Nie pamiętam, co to było dokładnie, ale było bardzo smaczne. Naszym szczególnym spotkaniem była jej wizyta w Oksfordzie zainicjowana przeze mnie. Wygłosiła do ogromnej publiczności mowę w Sheldonian Theatre, historycznej auli używanej w czasie najważniejszych uroczystości uniwersyteckich, a jednocześnie sali koncertowej wyposażonej w organy, na których grał m.in. Joseph Haydn. Potem była uroczysta kolacja w Pembroke z udziałem elity akademickiej Oksfordu, na której rektor koledżu, sir Roger Banister, wręczył premier Suchockiej rycinę z XVII wieku. Może do tej pory wisi gdzieś w jej mieszkaniu w Warszawie.

T

Tolkien, John Ronald Reuel– profesor Uniwersytetu w Oksfordzie (1925-1945), autor Hobbita i Władcy Pierścieni. Podczas jego pobytu Pembroke napisał Hobbita, choć jego sława literacka wiąże się z Merton College gdzie został profesorem literatury angielskiej i napisał Władcę Pierścieni. Poznaliśmy się na gościnnej kolacji w Pembroke College, ale nasza przyjaźń, jeśli mogę tak określić, zaczęła się gdy ja wykładałem w Merton College jako drugi etat tutoringu. Chodziłem tam czasem na posiłki i spotykałem Tolkiena prawie za każdym razem. Jednego dnia po lunchu zasugerował, żebyśmy poszli na spacer po rozległym ogrodzie i tak zaczęła się seria naszych długich spacerów. Nie pamiętam, abyśmy kiedyś omawiali problemy języka anglosaskiego lub literatury. Rozmowy toczyły się zawsze wokół Polski, katolicyzmu i komunizmu.

Jak większość katolickich Anglików Tolkien miał uznanie dla Polski, która nigdy nie odstąpiła od wiary pomimo zaborów i prześladowań. Zawsze mogłem przywieźć mu najświeższe wiadomości na ten temat. Był zafascynowany względną tolerancją reżimu komunistycznego wobec Kościoła, podczas gdy zachód miał opinię komunizmu jako totalitaryzmu absolutnego.

Pod koniec 1972 roku powiedział mi, że Hobbit i parę innych utworów zostało przetłumaczone na język polski i dostał za to wynagrodzenie w złotówkach. Nie wiedział zupełnie co z tym zrobić, więc poradziłem mu, żeby wysłał swojego wnuka do Zakopanego na narty. Powiedział również, że ma autorskie egzemplarze tłumaczeń i chętnie zaoferuje mi komplet. Niestety byłem umówiony na tutorial i powiedziałem, że musimy odłożyć to na inny dzień. Powiedział, że nic nie szkodzi i, że książki będą czekały na mnie w jego biurze. Niestety sprawa potoczyła się inaczej. Po zakończeniu letniego trymestru Tolkien wyjechał z Oksfordu na urlop i zmarł. Po jego śmierci dostałem komplet tłumaczeń od jego syna, który wykładał w Oksfordzie. Tolkien nigdy nie chciał, abym towarzyszył mu dalej niż do furtki ogrodu botanicznego w Merton College. Powiedział, że ma kilka ulubionych drzew, pod którymi woli kontemplować samotnie. Czytając później jego dzieła zdałem sobie sprawę jak wielką rolę odgrywa w nich natura, którą stworzył inspirując się oksfordzkimi ogrodami.

U

V

W

Walicki, Andrzej– pierwszy raz poznałem go w Polsce gdy był doktorantem w Akademii Nauk, ale zaprzyjaźniliśmy się kilka lat później gdy byliśmy gościnnymi profesorami w Narodowym Uniwersytecie Australijskim w Canberze. Miał samochód i dzięki niemu zapoznałem się z fauną i florą Australii. Później wielokrotnie go odwiedzałem, gdy został profesorem na uniwersytecie w Notre Dame w USA, a następnie w Warszawie, gdy był już na emeryturze. Andrzej był światowej sławy historykiem Polski i Rosji XIX i XX wieku, zaś jego oksfordzki przyjaciel Sir Isaiah Berlin cenił go ogromnie za znajomość, jak i również miłość do klasycznej literatury rosyjskiej. Przyczyniłem się do jego reputacji, ponieważ przekonałem go, żeby napisał esej o koncepcji wolności Marksa do zbioru esejów współredagowanego przeze mnie (Conceptions of Liberty in Political Philosophy, ed. Pełczyński & Gray, 1984), po czym rozbudował go w kompletną monografię (Marxism and the Leap to the Kingdom of Freedom: The Rise and Fall of the Communist Utopia, 1995). Jego dorobek naukowy, zarówno ilościowo, jak i jakościowo przewyższa dorobek któregokolwiek z naukowców, jakiego poznałem w swoim życiu.

Wałęsa, Lech– lider Solidarności, prezydent RP (1990-1995). Lider strajków w Stoczni Gdańskiej, które przekształciły się później w Solidarność. Wałęsę poznałem w siedzibie Solidarności nad Bałtykiem. Miałem dla niego do przekazania wiadomość od brytyjskiego związku zawodowego, który poprosił mnie o rozeznanie się w sytuacji i zapytanie, czego tworzący się związek zawodowy najbardziej potrzebuje. Wałęsę polecił mi Mazowiecki i Geremek, ale niestety spotkanie było rozczarowujące. Wałęsa wykręcał się od zabrania stanowiska i skierował mnie do jego asystenta, gdańskiego studenta, który wytłumaczył mi, że Solidarność pracuje pod niesamowitym napięciem w dynamicznej sytuacji i nie jest w stanie planować niczego na dłuższą metę.

Drugi raz spotkaliśmy się w Warszawie na obchodach z okazji zalegalizowania Solidarności. Był na nich również Soros. Geremek poprosił mnie, abym przedstawił Sorosa Wałęsie i wytłumaczył jak bardzo to ważna postać i jak może pomóc finansowo Solidarności. Niestety Wałęsa absolutnie nie interesowały osoba Sorosa i zupełnie go zignorował.

Nasze ostatnie spotkanie było w Belwederze z okazji 10. rocznicy założenia Hospitality Scheme. Uścisnęliśmy sobie dłoń, po czym Wałęsa wygłosił bardzo inteligentną prelekcję na temat solidarności ludzi pracy i nauki. Podczas pierwszego spotkania zauważyłem wielką elastyczność polityczną Wałęsy. Po rozmowie z rządem chciał zaproponować delegatom regionalnym pracujące soboty, ale kiedy zaczęli wyrażać ostry opór wycofał się z pomysłu i poparł ich stronę.

Udzieliłem komentarza dla BBC na temat postawy Wałęsy. Wieści dotarły do niego i usłyszałem jak skarży się, że jakiś zagraniczny dziennikarz kłamie i rozpowiada, że Wałęsa wycofuje się ze swoich poglądów. Twierdził, że nigdy nie zmienił swoich przekonań.

X

Kolacja z tajemniczym mężczyzną. W lecie 1941 roku przyjaciółka mojej matki Lidia Butelewicz żona majora Butelewicza, który służył w armii generała Andersa, zaprosiła moją matkę, mnie i mojego młodszego brata na kolację. Powiedziała, że na spotkaniu będzie również pewna bardzo znana postać, ale nie zdradzi jej tożsamości i nie powinniśmy nikomu mówić o tym spotkaniu. Mgliście pamiętam, że tajemniczy gość miał czarne okulary i wełnianą czapkę naciągniętą na głowę. Zdaje mi się, że pytał mnie o tajne komplety. Jesienią tego samego roku Pani Butelewicz powiedziała, że tajemniczy gość zmarł i jest anonimowo pochowany na Powązkach. Był to marszałek Edward Rydz-Śmigły, jeden z dowódców Legionów Polskich, który po śmierci Marszałka Piłsudskiego został Generalnym Inspektorem Sił Zbrojnych. W 1941 roku uciekł z internowania w Rumunii do Polski, aby nawiązać kontakt z Armią Krajową, który okazał się bezskuteczny.

Y

Z

Erich von dem Bach-Zelewski– generał SS, dowódca Niemców podczas Powstania Warszawskiego. Gdy Powstanie miało się ku upadkowi, generał Monter zarządził ewakuację partyzantów do kanałów. Po paru godzinach błądzenia w ciemności i strachu Niemcy odkryli naszą obecność i zaczęli wrzucać granaty do studzienek. Pozostanie w ściekach oznaczało pewną śmierć. Razem z moimi dwoma towarzyszami broni postanowiliśmy, że wolimy wyjść na powierzchnię i zostać rozstrzelanymi niż zginąć jak szczury. Cudem natrafiliśmy na żołnierzy Wehrmachtu, którzy nas nie rozstrzelali tylko wzięli jako jeńców. Godzinę wcześniej generał Monter wynegocjował warunki kapitulacji, niestety wiadomość nie dotarła do wszystkich Niemców i część polskich żołnierzy zabijano po wyjściu z kanałów. Tych którzy przeżyli zaprowadzono na fort mokotowski. Tam właśnie Erich von dem Bach-Zelewski oświadczył, że niemieccy żołnierze szanują Polaków za waleczność i nie zabije ich, tylko weźmie w niewolę jak prawdziwych żołnierzy. Chwilę później dodał, że teraz zostanie podana zupa grochowa. Na placu pojawiła się ciężarówka oraz niemieckie sanitariuszki, które zaczęły wydawać posiłek. Do dzisiaj pamiętam jej smak. Musicie wiedzieć, że nie jadłem wtedy przez kilka dni i to było najbardziej wykwintne danie, jakie w życiu spożyłem.

Sponsored Post Learn from the experts: Create a successful blog with our brand new courseThe WordPress.com Blog

Are you new to blogging, and do you want step-by-step guidance on how to publish and grow your blog? Learn more about our new Blogging for Beginners course and get 50% off through December 10th.

WordPress.com is excited to announce our newest offering: a course just for beginning bloggers where you’ll learn everything you need to know about blogging from the most trusted experts in the industry. We have helped millions of blogs get up and running, we know what works, and we want you to to know everything we know. This course provides all the fundamental skills and inspiration you need to get your blog started, an interactive community forum, and content updated annually.

NGOs IN THE NEW EUROPEAN UNION COUNTRIES: THE CASE OF POLAND

EU FLAGS 800

Dr Z.A.Pelczynski

School for Leaders Association, Warsaw and Oxford University (retired)

INTRODUCTION

Non-governmental organisations (NGOs) play a vital role in all developed democratic countries and in particular in the countries which form the European Union. They are recognised in the EU Constitution and many EU documents and procedures as important for social progress, democratic government and the functioning of EU. Given Turkey’s determination to complete internal democracy-building and to become an EU member as soon as possible there is an obvious case for examining the experience of Poland and other post-communist states which in a historically brief period – less than 15 years – succeeded in a transition to both democracy and EU membership.

My paper is in two parts, theoretical and historical. Part One deals with some definitions, the nature of NGOs and the “third sector” to which they belong, and the relation of NGOs to a wider public sphere called “civil society” which forms a necessary part of the modern liberal-democratic state. Part Two deals with the NGOs in contemporary, post-communist Poland, and briefly examines their growth, functioning and some current problems.

PART I: NGOs, CIVIL SOCIETY AND THE MODERN LIBERAL-DEMOCRATIC STATE.

It is useful, before dealing with Poland, to make some theoretical points about the NGOs and the political context in which they operate since the subject is complex and not always correctly understood. So I begin with a short general section, dealing with the concepts of a NGO, “the third sector”, “civil society” and the modern liberal-democratic state and their mutual relations.

(i) The liberal-democratic state.

By this term I mean a state which comprises a developed market economy based on private ownership and a heterogeneous, pluralist society. It consists of a multiplicity of groups, organisations, communities, interests, traditions and ideologies, and has, despite inevitable conflicts and tensions, worked out a way of reconciling the differences in a civilised, non-violent and reasonably harmonious. All this happens within the framework and with the help of the the state which has the monopoly of legitimate coercion, but whose public authorities (ministers, officials, policemen and soldiers) behave in a certain way. They respect the constitution and the rule of law, recognise various human, civil and political rights and are responsive and responsible to the citizens of the country through free, regular elections, group interest representation and free media.

The roots of such a state are in 18th century Britain and her rebellious North American colonies, which formed the USA. NGOs (under other names) have been part of the liberal tradition from the beginning. They appeared in Continental Europe when it followed the Anglo-American lead and contributed much to the tradition. But `much of Europe also rejected liberal democracy between the two World Wars and threw up countless military or ideological dictatorships – corporatism, fascism, national-socialism and communism – where NGOs had little or no chance to function.

(ii) The Non-Governmental Organisations.

What are NGOs and what is their role in the liberal-democratic state? By a non-governmental organisation

(in Britain and the USA also called a “voluntary organisation” or “voluntary association” one normally means a body of people working for some joint public end but not on the order of public authorities and without monetary gain as their main motive. (They are sometimes called non-profit organisations.)

A NGO is born when a group of citizens of a country , without governmental command or other kind of compulsion, forms an organisation to promote a certain common end or to perform a public service. For one reason or another they agree to initiate it themselves and to keep the organisation going through their own effort, themselves contributing or acquiring from other people the necessary resources: ideas, knowledge, time, money, goods or equipment. The alternatives are: (1) realising the goal through the government or some state agency or (2) setting up a commercial, profit-oriented, market organisation, a firm or a company.

Provided that no law is broken there is in principle no limit in a democratic state to the number and character of such civic initiatives. NGOs can produce goods or supply services such as education, healthcare or sport; they can propagate new ideas and values or defend traditional ones; they can advocate causes or policies; and they can do it for the good of their members or the local community or some group of individuals (economic, social, ethnic or religious) or the general public or the whole nation or a foreign nation or all underdeveloped countries or something so global as world peace.

NGOs are sometimes thought to be “non-political”. This is true in the sense that they must not openly or secretly work for a political group which aims to govern the country or force a change of governmental policies through political means. Otherwise they may lose their legal status and the privileges that go with (e.g. not paying taxes). But in a wider sense of “political” NGOs cannot escape politics since virtually everything we do can give rise to a political controversy, e.g. an argument whether the law should allow it.

The question whether a true NGO must be non-profit is also unclear. Some NGOs charge for their services, events they organise, publications they issue. This is normally legal as long as it only covers their costs or if the profit made is used to support its aims and running costs, and does not end up in the pockets of its managers or employees. Many people work for NGOs for nothing. But some, e.g. office workers, are paid regular and quite handsome salaries so they at least profit from NGOs existence and activity.

(iii) NGOs as “The Third Sector”.

NGOs taken together form what is called ‘the third sector” and in the USA an “independent sector”. The first (or public) sector consists of the institutions of the state and the second (or private) sector of privately owned commercial organisations working primarily for profit. The third sector, although separate, in not wholly independent. It gets legal privileges, facilities and sometimes financial help from the state. The private sector regularly makes contributions to NGOs and in some countries is an important source of funds for many NGOs.

The third or NGO sector is thought to be superior to the other two for many social and political reasons which are good for democracy. The main benefits claimed for the NGOs are the following:

(1) they step in where the other sectors’ organisations refuse to go;

(2) they often do things more cheaply and efficiently than other organisations; they know e.g. social needs better and have more sympathy for people needing help;

(3) even if less efficient they are more flexible and responsive to problems than (especially) large, complex, bureaucratic organisations in the public or private sector;

(4) they promote cultural, social, political and even economic progress by generating or advocating new ideas and practices;

(5) they help to develop citizenship by providing opportunities for knowledge and skills (entrepreneurship, management, cooperation) which are useful in both the public and the private sphere;

(6) they are generally self-governing and democratically structured (which e.g. business seldom is) and are so-to-speak schools of democracy;

(7) they create pluralism and group solidarity which counteracts often excessive national and state loyalty and collectivism;

(8) they compensate minorities for their weakness vi-a-vies the state, particularly when public authorities are dominated by unsympathetic social, economic, ethnic or religious majorities or cannot be bothered to cater for the needs of small, local or distant populations.

(iv) NGOs and “Civil Society”.

Those are strong arguments and one could add to them. The trouble is that it is not just the NGOs, in the strict sense of the term, which perform them. There are hosts of other organisations in contemporary societies which are also good for society, democracy and modernisation. There are public bodies with citizens’ participation (e.g. so-called QUANGOs or “quasi-autonomous governmental organisations” in Britain); there are business firms with trade union or employee representation on their boards, as e.g. in Germany under the so-called “Mitbestimmungsrecht”; there are political parties or associations, organised interest groups or lobbies, social movements, trade unions and other professional associations, business organisations, churches, charitable, educational and cultural trusts or foundations, non-state universities or schools, “think-tanks” and citizens’ forums, public and private media, and so on, and so on.

They have some or full autonomy, are often self-governing and voluntary, and perform many of the same services as the NGOs. They provide similar opportunities for innovative ideas or actions, they criticise and challenge the status quo, they propagate and advocate. They compete and cooperate, form coalitions with the NGOs, support them with money, knowledge or training. The NGOs sometimes evolve into one of the other organisations; e.g. an association preaching the importance of unspoilt environment may change into a foundation (when a rich donor has endowed it with capital) or become a political pressure group (so-called public interest lobby) or turn itself into a political party such as the Greens in Germany.

The NGOs possess advantages over the other “socio-political actors”, but hey have also handicaps They are simple and easy to form. They do not need elaborate organisations or big funds to operate as long as their members and supporters are willing to make small. regular donations or organise street collections or give a lot of time without payment. They on the whole have more freedom and autonomy to work, are less oligarchic and closer to the “common man”. The use of the internet makes their work cheap, quick and far-reaching. But they often lack advantages of the other organisations and institutions: well-equipped offices, instruments of publicity, plentiful money to spend on advocacy and services, etc. It is better for liberal democracy that the NGOs do not stand alone and form a separate sector but are part of a larger, more heterogeneous network with which they interact.

All those groups, organisations and institutions – small and big, poor or rich, amateur or professional, elite or mass in character, local, national or global – together with the NGOs – form an area or arena of “public discourse”. It is “public” in 3 senses of the word:

(1) because the different bodies normally act openly, not in private or secretly, as families, groups of friends, colleagues and acquaintances or as illegal, criminal, terrorist or mafia-type groups operate;

(2) because they communicate with each other – and also cooperate – through contacts, consultations, debates, the press and other media, publications, and so on;

(3) because, directly or not, they deal with or raise issues of wide, general concern.

The governmental process in developed, modern, mass democracies takes place with reference to this public sphere, receives help from and is exposed to it. It is now an essential part of the functioning of the democratic state. The traditional name for this sphere – going back to late 18th and early 19th century – is “civil society” or “civic society” or “citizens’ society” (“societe civile”, “buergerliche Gesellschaft”). It implies that society is not just a collection of people subject to the state, dependent on the state, the state’s clients or beneficiaries. Society, through its members who are citizens, controls and influences the government not through periodic elections and party competition. It solves its problems and satisfies its needs only partially through the state but partially outside it, through all the institutions and organisations of civil society, and of course the market sphere of privately owned and profit-driven commercial enterprises.

In my view it is more useful to talk of four ”spheres” rather than three “sectors” of society, as does a contemporary American sociologist called Thomas Janoski in his recent book entitled CITIZENSHIP AND CIVIL SOCIETY. (Cambridge University Press, 1998). He has provided a very useful diagram to illustrate the nature and relations of the four spheres, which is enclosed as an appendix to this paper. It should be noted that the spheres intersect and overlap. Their relative sizes differ from country to country and from period to period in the same country. One major difference between “the old democracies” of Britain, France and Germany and “the new democracies” of the Czech Republic, Hungary and Poland is the much larger size of the public sphere (civil society) in the former countries.

PART TWO: THE NGOs AND THE POLISH ROAD TO DEMOCRACY AND THE EUROPEAN UNION.

In this part of my paper I shall examine the place of the NGOs in the Polish transition to democracy and to the EU between 1989 -2004, and the problems of “the third sector” today, when Poland is a EU member.

(i) The early origins of NGOs in Poland.

Between 1944 and 1989 Poland was a communist state although only for 10 years, during the “Stalinist period”, could it be called truly “totalitarian”. From 1956 onwards, ignoring Soviet pressure and claiming partial autonomy within socialism, the communist leaders began to make various concessions to the population. The most important was granting complete internal autonomy and some economic freedom to the Roman Catholic Church and allowing a limited amount of independent Catholic associations and publications to exist. They formed a small but important independent sector which was so-to-speak a standing criticism of the rest of the party-regimented state and society. Later on the visits of the Polish Pope John Paul II, organised by the Church and attended by millions, made the whole nation aware that their primary loyalty was not to communism.

The real development of the third sector (and civil society) became possible in Poland only after the replacement of the communist regime by a liberal-democratic system, which occurred in 1989 – earlier than elsewhere in East-Central Europe. Its ground was prepared some years earlier. From 1968 onwards the Polish people became more and more restless under communist rule, which was mismanaging the centralised, bureaucratic, state and party-controlled economy, causing crises and depressing the standard of living. More people travelled to the West and could compare life there and in Poland. The workers began to strike and to form illegal strike and trade union committees. The intellectuals also became increasingly critical of communism, began publishing “samizdat” newspapers and books, and formed an illegal association called KOR – Committee for the Defence of Workers. In 1980 a strike in Gdansk shipyard led by Lech Walesa, which spread to other cities, forced the government to legalise an independent self-governing trade union “Solidarity” – the first such organisation under communism since the Bolshevik Revolution. Millions of Poles joined it and under its umbrella began setting up hundreds of independent democratic organisations in town and country – the forerunners of later NGOs.

Although the original aim of the anti-communists was just to create a limited free “civil society” within the communist economy and state, Solidarity quickly evolved into a militant political movement, which was suppressed by a military coup. Nevertheless, for over 7 years, Solidarity lived an illegal, underground existence until eventually, in 1989, after long negotiations, the government agreed to legalise it again and to allow it to participate in a parliamentary election. The Solidarity-sponsored “Citizens’ Committees” did so well in the election that the Communist Party gave up power to a non-communist government and dissolved itself. In a few months the 45 years’ old communist political structure, the collective economy and the party-controlled system of official “social” organisations was dismantled and (not without turmoil) Poland acquired a liberal-democratic state structure, a market profit-driven economy and a society of independent, autonomous social entities – a true civil society.

Some of the old communist “social” organisations (e.g. trade unions, teachers union, the scout union) survived but in a re-organised, democratic form. Rival bodies, inspired by people once active in the Solidarity movement, sprang up beside them. But a whole host of new independent bodies. responding to new civic problems and social, often local needs, and very similar to western NGOs, also appeared on the scene to form a large third sector.

(ii) The Polish NGOs today.

It is estimated that today Poland has over 20,000 NGOs and about 3 million people working in them – about 8% of the population. The organisations are not evenly distributed; they tend to be concentrated in large or medium-size towns; there are rather thin on the ground in small towns and even more in villages. In general the less well developed districts and provinces (e.g. in north-eastern and south-eastern Poland) have few NGOs. There, the main – sometimes only – centres of civic and social activity are the democratically elected low-level (“gmina” or communal) local-government councils. The reform of local government, soon after the fall of communism, was the work of Solidarity activists and is one of the greatest achievements of Polish transition to democracy. Elderly and middle-age people – brought up in communist times, living on retirement pensions or working hard to maintain their families – are much less involved in NGO activities than younger people. In the last few years the level of involvement throughout the country, even among the young, has noticeably gone down in comparison with the first post-communist years. Women, especially younger ones, are prominent in the third sector, especially the social welfare NGOs.

Although they are fewer of them, Polish NGOs have very similar aims to those in the EU member states in the West (‘the old democracies”) : self-help; philanthropy (social protection); gender equality; minority representation; art, culture and leisure; education; children and youth interests. Those concerned with general public issues (e.g. “watch-dogs” against corruption, inefficiency, environmental pollution) are less popular despite frequent and heavy criticism of the ways central and local governments work – in the press and private conversations. Exceptionally, there was a lot of well-organised NGO activity to popularise entry into the EU and particularly during the accession referendum late last year, which was won by a 2/3 majority of the voters.

There are two kinds of voluntary established by law: associations and foundations, and they are both considered to be NGOs. The former were only instituted by the new democratic government; the latter were legally created in the late communist period. Proposals for both must be examined and approved by the courts, and annual income and outlay reports have to be made to the tax authorities and (in case of foundations) to a specified ministry. The formation of an association must be supported by at least 15 members. Their policy-making and executive bodies (boards and offices) are theoretically controlled by an annual general meeting of all members. but this does not always happen. The setting up of a foundation requires one or more founders who must pay a sum of money into a bank account (not necessarily a large one) and who may close down or reorganise the foundation. Executive staff are responsible to boards and boards to supervisory “councils”, normally filled by prominent men and women for long terms. Accounts of both types of organisation are generally kept by professional accountants, but so far seldom published.

Unlike associations, foundations suffer from many difficulties and are often criticised, but none of the governments in power since 1989 has fundamentally reformed the law on foundations. Virtually none have a permanent capital (endowment). the income from which could finance their activities, like e.g. most British and American “charitable trusts”. Like all the associations they live off grants which they have to apply for frequently in order to survive. The richest ones are financed by foreign benefactors, charitable trusts or foundations (e.g. Stefan Batory Foundation or the Polish-American Freedom Foundation). There is a group of foundations, set up by banks or commercial companies, which act just like their private sponsorship agencies. Some foreign governments’ or EU’s programmes are also administered by foundations (e.g. Polish-German Cooperation Foundation).

Even more oddly, Polish government ministries and agencies (e.g. in the health service) have been setting up foundations so that they can receive “voluntary contributions” rather than charge money for their services. Some ministries used to set up nominal foundations to avoid administering their budgets through the normal civil service channels, but this has now changed. Local authorities, universities and other public bodies set up foundations to raise money for special projects. The badly drafted Communist foundation law and lax registration methods allowed, during the first years of market economy, many commercial enterprises to disguise themselves as foundations in order to escape taxes. This has now stopped, but new foundations are still set up more for private rather than public reasons. As a result the three sectors – public, private and independent non-profit – are hopelessly mixed up and the civic and democratic benefits of the third sector mostly disappear. In fact the foundation sector should probably not be regarded as a NGO sector at all, but called something else. It has some characteristics of civil society – a mixed sector of all kinds of public, semi-public and hybrid institutions – except that the public interest aspect of true civil society is so often ignored in practice.

(iii) Weaknesses of the third sector in Poland.

It is my view, shared by many Polish observers that, despite its growth and achievements since Poland became a democracy, the third sector is not as strong as it should be. Why is this the case and what could have been done – or can be done in the future – to improve the situation? Several factors can be mentioned.

(1) The desire for NGO activity, despite the Solidarity experience, has been weak, except during and just after the dismantling of communism. 45 years of communism, with its collectivist economy, large social welfare programmes and an all-pervasive party-state has accustomed people to having things done for them by politicians and officials. They have now largely accepted private enterprise an the market on the economy and have learned to live with it. But in the public sector things are different. They see democracy – parties, elections and government responsible to parliament – and state institutions as a better way to get things done for them than to try and do more things for themselves and to become more independent of the state.

(2) Polish society has changed dramatically as a result of the last war and post-war frontier changes. It is now probably the most homogeneous in Europe; around 95 % are both Polish and Roman Catholic. Before the war only 2/3 of the population was Polish and there were thousands of other ethnic and religious organisations. Now there is very little need for them.

(3) Poland still has a large agrarian sector compared with western countries. At least 1/4 of the population live in the villages; a large number also in small country towns.

(4) The impulse to develop the NGO sector after 1989 came largely from outside – chiefly the “old democracies” of the EU, the USA and Canada. They supplied ideas and programmes, produced literature, organised training and foreign exchanges, and above all supplied money – a lot of it.

For over 10 years the Soros Foundation of New York was giving the Stefan Batory Foundation in Warsaw 3 – 4 million dollars per year and still more money went to Polish NGOs through other Soros-source channels such as the Open Society Institute. Government-funded American programmes (National Endowment for Democracy and the Democratic and Republican international committees) and the powerful government-funded German party foundations (Adenauer, Ebert and Naumann), and big private foundations like the Bosch, have also contributed millions, as well as advice and know-how. Most of the EU money for Poland so far has gone into public sector reform, regional development and pre-accession programmes, but the third sector has also benefited a bit. Although this has been vital to the development of the voluntary sector, it has produced an unhealthy dependence of NGOs and foundations on foreign help.

(4) While large foreign corporations working in Poland are sponsoring NGO projects more and more, the big Polish firms are far behind. The large sector of small and medium Polish enterprises so far contributes almost nothing. The tack of tradition of “corporate responsibility” is one reason; another is that most Polish firms are young, need resources for investment and are plagued by high taxes and social security burdens imposed by the government.

(5) The standard of living of most ordinary Polish citizens is still very low, there is unsatisfied hunger for consumer goods and high unemployment. So there is little money for the activities of NGOs and little time for voluntary work. Majority of married women feel the their main duty is to their home and family.

(6) The sense of community, even on the lowest level, is week as a result of communism, which sought to destroy it; there is a lot of suspicion towards others and group egoism which makes social cooperation difficult. Many NGOs are small and weak because they don’t like uniting into bigger organisations or federations. This may be a serious handicap to Poland as a EU member because the EU Commission favours big organisations and is not organised to give small grants.

(7) Finally, the country’s “educational agencies” – the family, the Church, schools and universities – are very traditional and have not yet taken on board the new requirements of liberal democracy and civil society. Polish family educates children to be good family members, not citizens. The Church teaches them to be good Catholics and good men, but again not so much good citizens. In schools and universities education is very academic, concerned with knowledge rather than social skills, as happens in Britain and North America. Extra-curricular activities such as sport, music, theatre, debating or community voluntary work are neglected. The need to prepare young people for active civic, political or social life is so far hardly recognised.

(8) At their head NGOs don’t need “bosses”, bureaucrats or even managers (unless they are big) – they need leaders. Without leaders they are weak and ineffective. Leaders are people who have vision and are able to communicate it, can attract followers and win sympathy of a wider public , know how to form and direct voluntary teams and how to reach goals by persuasion, not coercion and money rewards.

These are partly inborn qualities but mainly skills which can and must be developed through practice and training.

Given the figure of 20,00 NGOs here has been very little systematic leadership training in Poland. Recognising this, and inspired by British examples, I have set up within the framework of a NGO a school for (mainly) young civic, community and voluntary association leaders, once financed by western foundations and government programmes, but recently largely by big business corporations working in Poland. Through its long and short intensive courses it has successfully trained thousands of men and women over the last 10 years, but this is a tiny proportion of the third sector leaders which Poland requires. (See appendix for an overview of the School for Leaders Association.)

(iv) Conclusions and a possible lesson for Turkey.

The growth of the NGO sector in Poland has been fairly impressive and has become an important element of the country’s civil society and liberal democracy. But the development has been piece-meal, uneven and rather slow . The many objective historical, economic and social obstacles have been mentioned. In my view much more could have been achieved if there had been a clear and consistently followed strategy of third sector development. Is such a strategy possible? So far no politicians have come up with it, especially no centre-left or centre-right party leaders where a vision of and commitment to civil society might have been expected. The role of the state in creating “social” organisations has been compromised by communism (and earlier corporatism and fascism). A civil society and the third-sector part of it would be something feeble, artificial and false if they were created from above, even by a benevolent liberal-democratic state. But the state can and should help their development, more than just by creating a legal framework. In Poland it has, but only just, started doing it. A law on “public utility organisations” was passed last year, reforming the third sector to some extent. It permits contributions to NGOs and foundations being made from pre-tax income or profit, provided they publish annual reports on their budgets and activities. Another law regulates the status of volunteers and removes various obstacles. More use is to be made of the law which allows public bodies to sub-contract their work to NGOs and treat them as partners rather than just clients of the state. But there is a long way to go before the third sector status receives the support and recognition which it has in Western Europe or North America.

Very recently a Polish strategy has emerged as a result of the work of two foreign-supported foundations – the Stefan Batory Foundation and the Civil Society Trust for Central Europe – both located in Warsaw. The Civil Society Trust is a consortium of leading American Foundations (Soros, Ford, Mott and Rockefeller) which has agreed to provide long-term funding for a SBF-prepared programme of comprehensive development of civil society and the NGO sector in Poland. It makes detailed suggestions and sets out objectives for the social partners of the programme. What is required now is a new political will in the governing elite or strong pressure on it by a large section of the electorate. Let us hope this will happen in the near future.

10 November 2004.

 

Edukacja w szerokim znaczeniu

“Koń „widzący inaczej” – Czy polski system edukacyjny odpowiada potrzebom kraju w kontekście przemian ostatniego piętnastolecia”, [w:] “Rzeczpospolita” 08.06.2005 r.

Zbigniew Pełczyński – założyciel Szkoły Liderów w Warszawie, były wieloletni wykładowca nauk politycznych w Oxfordzie

Sergiusz Trzeciak – doktorant i pracownik dydaktyczny London School of Economics

“Zapewne większość przedstawicieli polskich elit akademickich utożsamia pojęcie „edukacja” z procesem przekazywania wiedzy. Wąskie rozumienie tego terminu jest typowe dla krajów Europy kontynentalnej. W systemie anglosaskim edukacja postrzegana jest bardzo szeroko i wielopłaszczyznowo. Przekazywanie wiedzy ma tam rangę drugorzędną w stosunku do rozwijania umiejętności, kształtowania postaw i przekazywania wartości. Elementy te są szczególnie istotne w naukach humanistycznych i społecznych, które w niewielkim stopniu przygotowują studentów do wykonywania określonego zawodu. Stawiają sobie raczej za cel ogólny ich rozwój, tak by jako absolwenci mogli wykonywać różne zawody – biznesowe, administracyjne czy akademickie.

System anglosaski zakłada, że proces przekazywania wiedzy powinien być równocześnie treningiem intelektualnym przygotowującym do dalszych wyzwań akademickich i zawodowych. W przekazywaniu i weryfikacji wiedzy nauczyciel akademicki wykorzystuje wiele technik, kładąc nacisk przede wszystkim na samodzielność studenta. Trening pamięci nie jest tak ważny jak umiejętność analizowania nowych informacji i stosowania ich w praktyce.

Celem jest zintensyfikowanie wysiłku intelektualnego studenta. Dla przykładu, w systemie amerykańskim na open book exams ( „egzamin z otwartą książką”) student może korzystać z różnych źródeł. Pozytywną ocenę może jednak uzyskać ten, kto rozumie przekazaną wiedzę na tyle, by móc rozwiązać zadanie problemowe. Student, który potrafi wyłącznie odtworzyć treść książki czy wykładu, skazany jest na przegraną.

Najbardziej rozwiniętym programem indywidualnej opieki naukowej jest tzw. Tutorial, będący podstawą studiów w Oxfordzie i Cambridge. Student konsultuje napisaną przez siebie pracę z opiekunem naukowym. Tutor, oceniając esej, w pierwszej kolejności kieruje się tym, czy student wykazał się dostateczną zdolnością analizy materiału oraz jego interpretacją.

Posiadanie wiedzy jest zatem warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym. Liczy się rozwiązanie problemu zawartego w temacie oraz obrona własnego punktu widzenia, a nie prezentacja faktów. Poza bezpośrednim kontaktem z opiekunem ważną rolę odgrywają spotkania seminaryjne. Wystąpienia publiczne wyrabiają zdolność artykułowania myśli oraz komunikowania się w grupie, uczą konstruktywnej krytyki oraz odwagi jej przyjmowania.

Wiedza i umiejętności to jeszcze nie wszystko. Anglosaski system edukacyjny oparty jest na takich wartościach jak uczciwość, rzetelność i szacunek. Nieuczciwością jest bezprawne korzystanie z cudzej własności intelektualnej, począwszy od ściągania na egzaminach, a na powielaniu prac naukowych kończąc. Brak rzetelności przejawia się z kolei nieznajomością własnych praw oraz niewywiązywaniem się z obowiązków. Dotyczy to zarówno nauczycieli, jak i studentów.

Surowo oceniane jest przekraczanie wyznaczonych terminów składania prac przez studentów i ich sprawdzenia przez wykładowcę. W Wielkiej Brytanii czy USA studenci nie są zastraszani. Nie boją się interweniować, gdy ich prawa są łamane. Etos relacji uniwersyteckich przekłada się później na etykę zawodową i obywatelską.

Dzięki zajęciom pozanaukowym, tzw. Extra – curricular activities, studenci nabywają umiejętności społecznych i obywatelskich. Z aprobatą spotyka się działalność w samorządach i organizacjach studenckich. O randze uniwersytetu decyduje liczba działających w jego murach stowarzyszeń, klubów i inicjatyw. Na tych najlepszych są ich setki. Koła naukowe, koła zainteresowań (od miłośników teatru do koneserów Whisky), organizacje sportowe, charytatywne, religijne i etniczne. Na Uniwersytecie w Oxfordzie wśród 11,5 tys. Słuchaczy studiów licencjackich 4,7 tys. To liderzy różnych organizacji.

Student jest świadomy, że dobre wyniki w nauce nie wystarczą, by zdobyć w przyszłości kierowniczą posadę.

Uniwersytety są kuźnią przyszłych liderów, bo udział w inicjatywach społecznych wymaga pomysłowości, przedsiębiorczości, umiejętności zarządzania i organizacji oraz pracy w zespole.

Poprzez zaangażowanie w działalność społeczną studenci nawiązują także trwałe i prawdziwe przyjaźnie, które sprzyjają tworzeniu wspólnej tożsamości. Hołdowanie tym samym wartościom oraz sentyment do uczelni łączą ich na długo. Stąd silna pozycja elit Oxbridge w służbie państwowej i dyplomacji czy absolwentów London School of Economics – w finansach i polityce. (…).”

Deficyt Liderów

Polish Political Publication

 

Nie chodzi o rewolucje polegającą na zastąpieniu starych młodszymi, ale

o zmianę mentalności klasy politycznej.

 

Hand Image

 

ZBIGNIEW PEŁCZYŃSKI, SERGIUSZ TRZECIAK

Rozwój państwa społeczeństwa i gospodarki zależy m.in. od tego, czy posiada ono

liderów, jednostki, które wyróżniają się przedsiębiorczością, aktywnością społeczną,

pracowitością oraz zdolnościami przywódczymi. W wielu krajach, zwłaszcza anglosaskich, osoby posiadające takie atrybuty otaczane są opieką przez instytucje publiczne. Cieszą się uznaniem oraz zaufaniem społeczeństwa. Niestety w Polsce zarówno panujący system polityczny, jak i mentalność przeważającej części społeczeństwa nie pozwalają potencjalnym liderom na rozwój i korzystanie z własnego potencjału dla dobra ogółu.

Negatywną konsekwencją tych ograniczeń jest deficyt liderów, szczególnie na polskiej scenie politycznej.

Kogo szukamy?

Pojęcie liderstwa jest wieloznaczne i dlatego często źle rozumiane. Lider to osoba wyróżniającą się i wiodąca w danej dziedzinie, niezależnie od piastowanych funkcji kierowniczych czy tytułów. Liderem może być więc zarówno naukowiec, przedsiębiorca, działacz społeczny, jak i polityk. W drugim znaczeniu tego słowa to osoba piastująca funkcje kierownicze w organizacjach społecznych, samorządzie i państwie. W tym sensie liderami będą przewodniczący organizacji społecznych, radni, posłowie czy ministrowie.

Trzecia kategoria liderów to jednostki twórcze, posiadające cechy charakteru, wiedzę i umiejętności nie tylko do generowania pomysłów, ale również do motywowania i nadawania kierunku działaniom innych osób. To właśnie takich liderów Polsce brakuje. Powód? Za mało strategicznego i długofalowego planowania w polityce, gospodarce i życiu społecznym.

Warunkiem rozwoju państwa i społeczeństwa jest wspieranie takich jednostek.

Bez wsparcia

W krajach najlepiej rozwiniętych społeczeństwa posiadają narzędzia wyszukiwania i wspierania potencjalnych liderów. Co więcej, nauczyły się one korzystać z ich potencjału dla dobra ogółu. Selekcja liderów następuje już od najmłodszych lat, kiedy to “łowcy talentów” szukają jednostek ponadprzeciętnych intelektualnie oraz cechujących się aktywnością społeczną. Edukacja w szkołach średnich i na wyższych uczelniach stwarza warunki do wyłaniania jednostek, które potrafią inspirować innych we własnym otoczeniu lub organizacji. Takie osoby mogą liczyć nie tylko na pełną akceptacje własnej roli w społeczeństwie, ale przede wszystkim na wsparcie instytucjonalne i finansowe, zarówno ze strony samego państwa, jak i instytucji społecznych i edukacyjnych, na przykład w formie szkoleń lub stypendiów. Traktując taki rodzaj pomocy w kategoriach ekonomicznych, można zaryzykować stwierdzenie, że jest to najlepsza inwestycja w kapitał ludzki, gdyż zwykle zwraca się wielokrotnie.

W Polsce mechanizm wyławiania i promocji potencjalnych liderów na szerszą skalę nie istnieje. Nie można tego usprawiedliwiać biedą czy deficytem budżetowym. Pamiętajmy, że państwo inwestuje miliardy złotych w nierentowne sektory gospodarki, marnuje gigantyczne środki na biurokrację, i wreszcie – premiuje nieuczciwość poprzez masowe wyłudzanie świadczeń społecznych. Żadna siła polityczna nie wykazuje chęci pomagania młodym liderom, na przykład poprzez wspieranie szkół i kursów liderskich oraz poprzez finansowanie im stypendiów w kraju i za granicą. Inicjatywy społeczne w tym zakresie to kropla w morzu potrzeb, a środki publiczne przeznaczane na ten cel i pomoc zagraniczna to absolutny margines. Co więcej, chociaż idea społecznej odpowiedzialności biznesu w Polsce robi coraz większy postęp, to jednak wśród najbogatszych przedstawicieli społeczeństwa nie wytworzył się jeszcze etos filantropii, finansowania instytucji i programów pożytku publicznego.

Naturalnej selekcji liderów nie sprzyja też ogólny klimat społeczny i powszechny – niestety po części znajdujący uzasadnienie – brak wiary w to, że można coś osiągnąć dzięki własnej inwencji i ciężkiej pracy, a nie tylko poprzez przysłowiowe układy i znajomości. Na jednostki wyróżniające się ogół społeczeństwa patrzy z podejrzliwością połączona niekiedy z zawiścią.

W rezultacie wiele naturalnych talentów marnuje się. Wielu decyduje się na wyjazd w poszukiwaniu lepszych perspektyw edukacyjnych i zawodowych za granicę. Wśród tych, co pozostają, tylko nieliczni chętnie angażują się w działalność społeczną czy polityczną, rezygnując z lepszych ekonomicznie perspektyw zawodowych, np. z działalności w biznesie. Ten niesprzyjający klimat w mniejszym stopniu szkodzi rozwojowi potencjalnych liderów niż interesom ogółu.

Jednostka, która ma świadomość, że zawdzięcza swoją edukację i pogłębienie zainteresowań swojej wspólnocie, w większym stopniu będzie skłonna do oddania państwu i społeczeństwu tego, co sama otrzymała. Ponadto najsilniejsze jednostki, które same przebiją się przez mur niechęci systemowej, wcale mogą nie mieć ochoty dzielić się swoją wiedzą i umiejętnościami z innymi. W ten sposób tworzy się bariery pomiędzy elitami a pozostałymi obywatelami. Brak mechanizmu promocji liderów i społecznego poparcia dla nich musi skutkować ich deficytem.

Deficyt ten staje się szczególnie widoczny w polityce. Dzieje się tak dlatego, że wybitna jednostka, czy też potencjalny lider, zwykle nie chce angażować się w układy polityczne, na które nie ma wpływu i w których możliwość realizacji założonych celów nie zależy od wiedzy i kompetencji, lecz od sprytu i umiejętności znalezienia “patrona” w istniejącym już układzie. Dlatego też jednostki, które w zdrowym klimacie politycznym angażowałyby się w życie publiczne, przechodzą do biznesu, nauki czy też dziennikarstwa.

Zjawisko to, z punktu widzenia długofalowego rozwoju państwa, jest szczególnie niebezpieczne. Wpływa negatywnie nie tylko na poziom klasy politycznej, ale również tworzy lukę pokoleniową w polityce. O miejsce na scenie politycznej walczą jednostki, które często stają się zakładnikami panujących układów i ulegają stopniowej demoralizacji w ramach panującego systemu.

Co możemy zrobić?

W istniejących realiach społecznych szansę wejścia nowego pokolenia liderów do działalności publicznej stwarzają inicjatywy oddolne i rozwój projektów społecznych, typowych dla dojrzałych form społeczeństwa obywatelskiego. Państwo i społeczeństwo może tutaj pomóc poprzez wspieranie inicjatyw obywatelskich.

W zakresie kształcenia liderów życia społecznego rozwiązaniem mógłby być zakrojony na dużą skalę narodowy program stypendialny. Promowałby on wybijające się jednostki, otwierałby możliwości wyrównujące szanse młodzieży z biedniejszych rodzin, czy też z mniejszych miast nie poprzez fundowanie im zasiłków społecznych, ale stypendiów.

Chodzi o coś więcej niż tylko stypendia naukowe. W Polsce szkoły średnie i uczelnie wyższe nadal premiują tylko osiągnięcia intelektualne, sprawdzone formalnymi systemami egzaminacyjnymi. Tymczasem badania socjologiczne wykazały, że umiejętności potrzebne w życiu zawodowym, gospodarczym, społecznym czy politycznym nie zdobywa się tylko podczas studiów, ale często o 3 – 5 lat później. Dlatego potrzeba wspierania potencjalnych liderów nie kończy się na niezbędnych, ale niewystarczających stypendiach naukowych. Potencjalni liderzy potrzebują dalszej pomocy. Możliwym rozwiązaniem mogłyby być fundusze na wspieranie ciekawych i nowatorskich projektów premiujących aktywność obywatelską. Chodzi o stworzenie sprzyjających rozwiązań legislacyjnych, a zwłaszcza podatkowych, które by pozwalały i zachęcały biznes do zaangażowania się w tego rodzaju projekty.

Rozwiązania należałoby upatrywać również w przebudowie systemu edukacji, niekoniecznie zmierzającej w kierunku upowszechnienia wykształcenia średniego i wyższego. Celem reformy edukacji powinno być wspieranie rozwoju szkolnictwa elitarnego zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. To właśnie elitarne szkoły i uniwersytety stanowią wylęgarnię przyszłych liderów społecznych.

Rolą tych instytucji powinno być więc nie tylko promowanie działalności naukowej, ale stwarzanie warunków do jednoczesnego rozwijania talentów społecznych młodych Polaków. Dopóki instytucje publiczne i prywatne nie będą udzielały takim inicjatywom wsparcia, dopóty przyszli liderzy nie będą mogli rozwijać swoich talentów w Polsce, a w poszukiwaniu lepszych perspektyw wyjadą z kraju. Jeżeli do polskiej polityki i szeroko rozumianego sektora publicznego wejdzie nowe pokolenie, nie tylko z solidną wiedzą akademicką, ale również ukształtowane społecznie poprzez “kuźnię” liderstwa, to zmiany systemowe w polityce będą wówczas łatwiejsze do przeprowadzenia.

Dwa scenariusze

W polskiej polityce dotychczasowe podziały ideologiczne odgrywają coraz mniejszą rolę. Istniejące układy wypalają się i prędzej czy później na ich miejscu powstaną nowe. Z jednej strony jest to szansa na dopływ nowych talentów. Zmiana dotychczasowego układu stwarza jednak pewne zagrożenia. Istnieją dwa możliwe scenariusze przebudowy sceny politycznej.

Pierwszy to przejęcie władzy przez technokratyczne układy, mające silne wsparcie w koteriach branżowo-biznesowych oraz dodatkowo przychylność służb specjalnych. Niestety pierwsze symptomy realizacji tego scenariusza obserwujemy już dzisiaj.

Drugi wariant zakłada wejście do polityki nowego typu działaczy publicznych nie jako jednostek, ale jako grupy pokoleniowej. Aby tak się stało, musiałyby jednak zaistnieć sprzyjające po temu warunki, np. zmiana ordynacji wyborczej, otwarcie partii politycznych na “świeżych liderów” oraz stworzenie wokół ugrupowań zaplecza eksperckiego złożonego z przedstawicieli nowego pokolenia. Osoby te powinny mieć prawdziwą szansę inicjatyw, sugestii i krytyki, a nie tylko wysługiwania się swoim starszym, często “wypalonym” kolegom.

Zmiana pokoleniowa nie może być postrzegana jednak jako cel sam w sobie, ale raczej jako środek do realizacji wyższych celów, tj. do przebudowy państwa i stworzenia podwalin rozwoju społeczeństwa obywatelskiego.

Tak naprawdę nie chodzi więc o rewolucję polegającą na zastąpieniu starych młodszymi, ale o zmianę mentalności klasy politycznej, co będzie łatwiejsze z młodymi liderami w mniejszym stopniu skażonymi dziedzictwem realnego socjalizmu.

Przykładem zmiany pokoleniowej w polityce, aczkolwiek niepozbawionym wad, była Węgierska Partia Obywatelska – Fidesz skupiona wokół Victora Orbana, późniejszego premiera. To ugrupowanie zachwiało węgierską sceną polityczną, wprowadzając do niej nową jakość i energię młodych liderów. W Polsce taka zmiana pokoleniowa jeszcze nie nastąpiła.

Jeżeli Polska nadal będzie marnować szanse i odstraszać potencjalnych liderów, to rachunek za to zapłacą wszyscy. Istniejący układ prawdopodobnie i tak prędzej czy później upadnie, może być jednak i tak, że zostanie zastąpiony przez nowy – gorszy. Niezależnie od tego, niespełnieni liderzy sobie poradzą. Tylko, co z resztą społeczeństwa…

Zbigniew Pełczyński jest założycielem Szkoły Liderów w Warszawie i prezesem zarządu Stowarzyszenia Szkoła Liderów oraz emerytowanym wykładowcą politologii Uniwersytetu w Oxfordzie Sergiusz Trzeciak jest absolwentem i wykładowcą Szkoły Liderów oraz doktorantem na London School of Economics. Działa w Klubie 01.

 

Trzy razy szczęście: Historia przeżycia Powstania na Mokotowie

Niedawno skończyłem 83 lat i żyję w małej, ładnej i spokojnej wiosce w malowniczym,

pagórkowatym, rolniczym regionie środkowej Anglii, zwanym The Cotswolds. Mieszkam wraz z żoną Denise i dorosłym synem Janem. Od lat jestem emerytem Uniwersytetu Oksfordzkiego, na którym wykładałem niegdyś politologię… Na pozór moje życie nie różni się niczym od codzienności wielu angielskich emerytów, którzy mnie otaczają. A jednak – 65 lat temu życie moje było krańcowo różne; żyłem w okupowanej przez nazistowskie Niemcy Polsce i byłem studentem podziemnego uniwersytetu w Warszawie, a także członkiem ruchu oporu.

Te wspomnienia są najbardziej dramatycznym fragmentem owego polskiego życia, a

jednocześnie opowieścią o nadzwyczajnym szczęściu, jakie mnie wówczas spotkało – w ciągu sześciu tygodni sierpnia i września 1944 roku trzy razy uciekłem przed śmiercią. Wydarzyło się to w przyjemnej, ogrodowej dzielnicy na południu Warszawy, gdzie jako żołnierz podziemnej Armii Krajowej stanąłem do walki zbrojnej z kontrolującą miasto armią niemiecką.

Pierwszego sierpnia, na rozkaz dowództwa AK, wraz z około 30.000 współkonspiratorów,

zaatakowaliśmy niemieckie pozycje, w nadziei (niestety złudnej), że uda nam się wypędzić Niemców ze Stolicy i uprzedzić wejście armii sowieckiej, zbliżającej się do miasta od wschodu. Zostałem przydzielony do pułku „Baszta”, w kompanii B1. Przyjąłem pseudonim „Jagiełło” – imię króla Polski i Litwy, który w średniowieczu pokonał Niemców. Większość mych towarzyszy broni było w podobnym do mnie wieku. Nasz trening wojskowy poprzedzający Powstanie był raczej elementarny i odbywał się głównie w prywatnych mieszkaniach. Osobiście nauczyłem się np. rozbierać i składać karabin z zawiązanymi oczami, ale nigdy nie miałem okazji oddać z niego strzału.

Choć były niedoświadczone i słabo uzbrojone, siły polskie przegnały Niemców ze znacznej

części Mokotowa, ale nasze zwycięstwo miało raczej ograniczone rozmiary. Niemcy wycofali się do silnie ufortyfikowanych koszar, z których dość łatwo mogli odpierać próby polskich ataków, ale nie odważali się kontratakować na większą skalę. Spodziewali się po nas zaciekłej obrony i dużych strat własnych, choć nasze zaimprowizowane pozycje obronne to były po prostu opuszczone przez cywilów domy oraz wątłe bariery uliczne. Zamiast używać piechoty, dowództwo niemieckie wybrało bezpieczniejszy sposób zgniecenia Powstania: bombardowanie z powietrza i ostrzał ciężkiej artylerii. Eliminowało to wielu powstańców, lecz jednocześnie powodowało kolosalne straty wśród nie-kombatantów, niszcząc olbrzymią ilość domów i zabijając być może 10 razy tylu cywili co wojskowych.

(Ogólna liczba ofiar nie jest znana, ale szacuje się nią między 150 000, a 250 000 osób.)

Po raz pierwszy otarłem się o śmierć 10-go sierpnia; dokładna data została odnotowana w

pamiętniku, który prowadził podczas Powstania mój przyjaciel z plutonu (Bolesław Taborski, ps. „Juliusz”); miało to miejsce chyba podczas pierwszego bombardowania lotniczego Mokotowa. Jak się później okazało, było to dzieło trzech nurkowych bombowców zwanych “sztukasami”, startujących z pobliskiego lotniska w regularnych odstępach czasu i powracających do bazy po nowy ładunek, od rana do wieczora. Byliśmy wobec nich całkowicie bezbronni. Tamtego dnia dostałem przepustkę na opuszczenie mojej jednostki, aby szukać mego młodszego brata “Kotowskiego”, który zaginął drugiego dnia powstania, a którego ktoś podobno widział w szpitalu sióstr Elżbietanek, pełnym rannych cywili i powstańców (który niedługo potem został obrócony w ruinę podczas innego nalotu). Widząc, że jeden ze „sztukasów” leci w moim kierunku, odruchowo wbiegłem do najbliższego domu – dwupiętrowej, solidnie wyglądającej kamienicy. Podziemie domu było podzielone na klitki biegnące wzdłuż korytarza. Wchodząc do piwnicy bez zastanowienia wybrałem lewą część podziemi. Panowała tam niemal totalna ciemność, ale po ścisku i szeptach wokół mnie poznałem, że piwnica jest przepełniona. Wnet warkot bombowca stał się bardzo głośny, nastąpił charakterystyczny gwizd albo skowyt, potem sekunda-dwie złowieszczej ciszy, aż wreszcie nastąpił olbrzymi huk eksplozji i wstrząs burzonych ścian budynku. Zostałem zasypany i całkowicie unieruchomiony gruzem, ale – o dziwo – nie czułem żadnego bólu. Wokół mnie ludzie dusili się, jęczeli z bólu, konali w agonii; ja czułem tylko, że moje usta i nos wypełniają się miałkim ceglanym pyłem, unoszącym się wokół. Wkrótce zapanowała cisza, jak w grobie. Byłem pewien, ze nadszedł również mój koniec. Nie nastąpiło to jednak natychmiast, gdyż wciąż oddychałem, ale coraz głębiej, bo brakowało powietrza. Im mocniej dyszałem, tym więcej wdychałem pyłu, aż w końcu straciłem świadomość, myśląc, że tak właśnie wygląda śmierć.

Myliłem się. Za jakąś godzinę lub dwie obudziłem się, słysząc dźwięk tarcia metalu o cegły,

najpierw nikły, a potem coraz głośniejszy. Zgadłem, że była to ekipa ratunkowa poszukująca żywych. Zacząłem krzyczeć “Tu jestem!” i choć mój głos musiał być słaby, usłyszeli mnie. Jeszcze jedno silne stukniecie kilofem, czy młotem i przedostali się do mnie. Mały snop światła przeszył ciemność i oświetlił moją zapylona głowę, sterczącą z rumowiska. Czyjeś ręce odgarniały gruz i delikatnie wyciągały mnie z ruin. Tuż obok mnie, po prawej stronie, natknęli się na głowę całkowicie zmiażdżonej kobiety. Podniosłem oczy i w panującym jeszcze półmroku ujrzałem, co się stało. Okazało się, że absolutnym przypadkiem stanąłem w miejscu, gdzie przebiegała olbrzymia belka, łącząca ściany budynku. Kiedy dom runął, pękła po środku i utworzyła coś na kształt litery “v”, ale nie załamała się zupełnie. Ta belka uratowała mi życie. Spadające szczątki budynku, nawet te największe, zwyczajnie się od niej odbijały. Tylko trochę odłamków uderzyło mnie tu i tam, raniąc przegub lewej ręki. Gdy wyciągnięto mnie na powierzchnię, gdy zobaczyłem słońce i błękitne niebo, płakałem jak niemowlę. Po raz pierwszy i ostatni w życiu czułem – fizycznie, namacalnie, niezwykle intensywnie – że żyję.

Po niecałym tygodniu zostałem zwolniony z zaimprowizowanego piwnicznego “szpitala” i wróciłem do kompanii B1. Poza bezwładnym przegubem, po wypadku z bombą pozostał tylko jeden ślad: paniczny, traumatyczny strach na widok samolotów, który trwał niemal do końca Powstania. Gdy tylko słyszałem warkot silnika nadlatującego samolotu, czułem trudno kontrolowany, zwierzęcy impuls, aby się kryć, jakkolwiek, gdziekolwiek, trwało to dopóki samolot nie przeleciał. Poza tym nie wyróżniałem się niczym spośród mych powstańczych towarzyszy i spełniałem swe wojskowe obowiązki, jak gdyby nic mi się nie stało.

Być może był to powód, dla którego dwa tygodnie później awansowałem na Starszego Strzelca i zostałem dowódcą trzyosobowego patrolu. Rozpierała mnie duma, gdyż jako dowódca mogłem zamienić mój stary, przedwojenny polski karabin na nowiutkiego angielskiego “stena”, prawdopodobnie niedawno zrzuconego nocnym samolotem RAF-u. Zadaniem naszego oddziału było spenetrowanie części rozciągłego terenu działkowego, które przed wojną pełniło funkcję pola wyścigowego. Leżał on pomiędzy polskimi i niemieckimi pozycjami. W ciągu dnia ta “ziemia niczyja” była raczej spokojna. Ale odżywała nocą, kiedy grasowały po niej zarówno polskie, jak i niemieckie patrole. Normalną bazą operacyjną naszych patroli był tzw. “ogrodnik” – mały jednopokojowy budynek, w którym kiedyś rezydowali strażnicy pilnujący działek. Był on całkowicie wypalony, pozostawał bez dachu, a jedyną jego zawartość stanowiło coś makabrycznego – para szkieletów leżących na żelaznej pryczy. Przypuszczalnie byli to strażnicy, którzy spali w domku, kiedy został on spalony przez SS-manów z pobliskich koszarów. Zadanie naszego patrolu było dosyć rutynowe. Polegało ono na dostaniu się do “ogrodnika” jak najwcześniej i jak najciszej i na sondowaniu stamtąd terenu jak najbliższego koszarom.

Okazało się, że ubiegliśmy Niemców o kilka chwil. Gdy tylko dotarliśmy do budynku i zajęliśmy pozycje przy wypalonych drzwiach i oknach, zdaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy sami. Spostrzegliśmy niedaleko 2-3 maleńkie błyski żarzących się w mroku papierosów. Po chwili zaczęły się one zbliżać powoli do nas. Jednocześnie słychać było szepty jakichś rozmów i ostrożne kroki. Moi podwładni odbezpieczyli karabiny, a ja skierowałem mego „stena” w kierunku szeptów; seria z niego miała być sygnałem do rozpoczęcia ostrzału. Nagle zobaczyliśmy krótki błysk światła i stłumiony odgłos wybuchu, po czym usłyszeliśmy potworne wycie z bólu, rejwach niemieckich głosów i szybki bieg kilku nóg w kierunku koszar. Domyśliliśmy się, że jeden z żołnierzy, może w momencie odbezpieczania granatu, potknął się i niechcący pociągnął za sznurek wewnątrz drewnianego trzonka, raniąc co najmniej siebie. Był to kolejny cud, tym razem nie tylko dla mnie. W patrolu brał udział “Juliusz”, który w swoim diariuszu zanotował datę wydarzenia: 12 września. Gdyby granat wylądował w miejscu przeznaczenia, nasza grupka zginęłaby na miejscu albo – straszliwie poraniona – zostałaby dobita pojedynczymi strzałami SS-manów.

Z biegiem miesiąca stało się oczywiste, że dni naszego wyzwolenia dobiegają końca. Armia

sowiecka zatrzymała się nad prawym brzegiem Wisły. Główne niemieckie siły, zgromadzone po lewej stronie, mogły przystąpić do likwidacji Powstania. W niedzielę 24. września, około 9-tej rano, Niemcy zasypali Mokotów lawiną bomb, pocisków artyleryjskich i “grających szaf”, jak przezywaliśmy wyjące rakiety wystrzeliwane z moździerzy. Wieczorem, pod osłoną ciemności, rozpoczął się zmasowany atak czołgów i ciężko uzbrojonej piechoty z trzech stron dzielnicy naraz. Kompania B1, przerzucona na tyły, poniosła ogromne starty; prawie połowa ludzi zginęła w walce. Mógłbym z powodzeniem być jednym z nich, ale stało się inaczej, choć dużo mniej heroiczne.

Poranne bombardowanie zbiegło się z mszą świętą, w której uczestniczyła cała kompania. Aby zapobiec śmierci wszystkich naraz, zakończono mszę szybko i dostaliśmy rozkaz rozproszenia się po jak największej liczbie sąsiednich domów. Jeszcze raz zszedłem do piwnicy – małej, ale pełnej cywili. Pod jej sufitem było okienko wyglądające na ulicę, zablokowane nie jak zwykle workami z piaskiem, ale starannie ułożonymi w rząd cegłami. Chwilę potem nastąpił w pobliżu przerażający wybuch. Artyleryjski pocisk musiał rozbić się niedaleko okna, gdyż cala sterta cegieł runęła do wnętrza, napotykając mnie na drodze. Jedna z nich uderzyła mnie w tył głowy i zmiażdżyła kawałek czaszki; do dzisiaj można wymacać małe wklęśniecie, gdzie wbił się kant cegły. Gdybym stał o pół stopy bliżej okna, ta cegła sięgnęłaby mózgu… Skończyło się „tylko” ciężkim wstrząsem mózgu: mdłościami, wymiotami, ogłuszeniem, zamglonym wzrokiem i potwornym bólem głowy. Polało się też sporo krwi. Choć żyłem, nie nadawałem się do akcji militarnej. Przeniesiono mnie do najbliższego punktu sanitarnego w innej piwnicy, gdzie sanitariuszki mogły zaoferować mi tylko bandaż, aspirynę i łóżko polowe. Gdy ja wiłem się z bólu w sanitarnej piwnicy, moja kompania walczyła gdzie indziej i ponosiła owe straszne straty.

Symptomy wstrząsu powoli ustępowały w poniedziałek i wtorek, podczas gdy na Mokotowie szalała walka. Opór powstańców stopniowo załamywał się i cały pułk „Baszty” został zepchnięty do małej, kilku ulicowej przestrzeni. Nie wiem, jaki byłby mój los, gdybym pozostał w piwnicy do całkowitego upadku oporu oraz kapitulacji. Może na willę, gdzie była piwnica, spadłaby śmiertelna bomba? Może SS-man wbiegający do piwnicy zabiłby mnie serią ze “schmeissera”. Krążyły pogłoski, że nieraz Niemcy nie brali rannych powstańców do niewoli, ale po prostu zabijali na miejscu. Bojąc się o mój los i ignorując rozkazy co do pozostawiania rannych – przyjaciele z B1 namówili mnie, abym dołączył się do ewakuacji kompanii kanałami do Śródmieścia, wciąż jeszcze walczącego.

O świcie, w środę 27-go września, wszedłem wraz z kolegami do kanału. To, co się tam potem wydarzyło, było piekłem innego rodzaju, ale jest to materiał na osobne opowiadanie. Powiem tylko w skrócie, że wraz z setkami powstańców i nieoczekiwanych cywili spędziłem siedem godzin, wlokąc się tam i z powrotem w ciemności, brodząc po kolana w gęstej, śmierdzącej cieczy. Co gorsza okazało się, że Niemcy zablokowali główny kanał w kierunku centrum miasta. Spowodowało to panikę i chaos, potęgowany wybuchami granatów wrzucanych przez Niemców do włazów. Kompania rozpadła się zupełnie; z jednostki pozostał ze mną tylko “Juliusz” i “Strata”. W pewnym momencie puściły nam nerwy: “poddajemy się, albo zginiemy w kanale jak szczury”. Kiedy wyszliśmy na powierzchnię, okazało się, że naszym przeciwnikiem byli żołnierze z Wehrmachtu, regularnej armii, a nie SS-mani lub ich azjatyccy pomocnicy, sowieccy renegaci, którzy zabijali poddających się bez żadnych skrupułów. Pod ich właśnie eskortą, nie wierząc jeszcze całkiem szczęściu, poszliśmy pustymi ulicami Mokotowa do fortu, gdzie zgromadzono setki jeńców. Z tego miejsca pomaszerowaliśmy do ponurej hali fabrycznej poza Warszawą, a potem, po paru dniach w obozie przejściowym, wsadzono nas do wagonów towarowych i wywieziono na zachód Niemiec, do stałego obozu jenieckiego w okolicy Bremy. Stamtąd, siedem miesięcy później, wyzwoliła nas i mieszankę przedstawicieli innych narodowości niewielka jednostka amerykańskich czołgów i opancerzonych walijskich wozów. Dla mnie był to następny etap burzliwej drogi na zachód i do długiego, pomyślnego i szczęśliwego życia w Wielkiej Brytanii.

 

My Two Homelands

Zbigniew Pełczyński

Moje dwie Ojczyzny

Czy można mieć dwie Ojczyzny? –  albo  inaczej – czy można być patriotą dwóch krajów? Moja teza brzmi, że można. Postaram się poprzeć ją nie tyle naukowymi czy też logicznymi argumentami, ile przykładem mego własnego życia. Na początek jednakże spróbuję zdefiniować pojęcie ojczyzny, i odróżnić jego zakres od innych określeń bliskich znaczeniowo.

Ojczyzna to coś innego niż państwo (pojęcie prawno – polityczne) albo naród (pojęcie etniczno – kulturowe). W większości języków europejskich pojęcie to wywodzi się  od ojca; ojczyzna to kraj pochodzenia ojca lub pra – ojców, kraj ojczysty (patria, patrie, Vaterland, otczestwo). W krajach anglojęzycznych natomiast słowo „fatherland” jest rzadko stosowane; częściej używa się słowa „mother country” (kraj matczyny), tak na przykład określają Australijczycy i Nowozelandczycy swoje brytyjskie pochodzenie. Najczęściej używa się takich słów jak „homeland” lub „home country”, a więc w centrum tego pojęcia znajduje się dom, czyli miejsce stałego zamieszkania – można powiedzieć miejsce zakorzenienia.

Wydaje mi się jednakże, że ojczyzna to bardziej skomplikowane pojęcie niż sugerują to powyższe, etymologiczne rozważania i przykłady zastosowania w różnych systemach językowych.  Jego podstawą jest swoista wspólnota ludzka z którą łączy nas poczucie przynależności a inni członkowie tej wspólnoty nie kwestionują tej przynależności. Warto w tym miejscu nadmienić, że wspólnota ta może mieć zróżnicowany zakres – mówimy przecież (z uzasadnieniem) o „małych ojczyznach”, a niektórzy (mniej przekonywująco) – o „naszej europejskiej ojczyźnie”. W dalszej części rozważań zignoruję jednakże zróżnicowanie na małe i ogromne ojczyzny. „Standardowa” wspólnota ojczyźniana jest, że tak powiem –  wielowymiarowa. Nie wszystkie wymiary są konieczne, jedne mogą być ważniejsze od innych, a ich ranga może zmieniać się w czasie. Ma więc ona wymiar przestrzenny (terytorium), wymiar czasowy (od przeszłości do przyszłości), wymiar etyczny (wartościujący), wymiar kulturowy, wymiar polityczny, wymiar deskryptywny, wymiar mitologiczny, a nawet wymiar życzeniowy („wishful thinking”), czyli oczekiwania co do którego nie ma żadnej gwarancji, że się ziści. Ojczyzna może być ideałem, marzeniem, utopią.  Dominują w tym pojęciu elementy subiektywne, sposoby postrzegania rzeczywistości –  identyfikowania się z nią, zachowań, które z niej wynikają.

Z tych różnorodnych – obiektywnych i subiektywnych – elementów konstruujemy nasze pojęcie Ojczyzny, choć inni mogą się z nim nie zgadzać. Nasi znajomi, sąsiedzi, nawet krewni mogą przypisywać nas do innej Ojczyzny. Patriotyzm zatem, to pewien moralny, emocjonalny i behawioralny stosunek do takiej konstrukcji, którą ja i „pokrewne dusze” wiążą z pewną Ojczyzną. Kraj w którym żyję wcale nie musi być moją Ojczyzną. Przykładowo, dla polskich emigrantów z Galicji, Mazowsza czy Wielkopolski na przełomie XIX i XX wieku, którzy na stałe osiedlali się w Pensylwanii lub Chicago, Ojczyzną była zdecydowanie Polska a nie USA, choć z pewnością różnie pojmowali słowo Polska.

***

Nie wiem, czy mam prawo uważać się za Polaka z „dziada pradziada” i co to może oznaczać w moim przypadku. Ojciec mój urodził się w 1890 roku   w Kongresówce, na wsi w okolicach Sieradza. Matka moja urodziła się w Charkowie z ojca Polaka i matki Ukrainki, która osierociła ją, kiedy matka moja była jeszcze dzieckiem. Obydwoje byli poddanymi cara Mikołaja II a nie obywatelami wolnej Polski, choć czuli się Polakami a nie Rosjanami.

Los zdecydował, że ja urodziłem się w niepodległej (drugiej) Rzeczpospolitej Polskiej w Grodzisku Mazowieckim w roku 1925. Moją Ojczyzną pod każdym względem była Polska. Jaki był to kraj? Jak ja postrzegałem wspólnotę do której przynależałem?

Wschodnią granicę państwa dość arbitralnie określił Traktat Ryski z bolszewicką  Rosją; pozostałe granice zdefiniował Traktat Wersalski. Czy były to jednakże „naturalne”, „sprawiedliwe”, „historyczne” granice tego kraju?. Czy ta Ojczyzna była polska czy wielonarodowa? Czy należeli do niej Ukraińcy, Białorusini, Żydzi, Litwini i Niemcy, którzy stanowili jedną trzecią ludności ówczesnego państwa polskiego? Polska była niezależnym państwem, ale jej ustrój nie był powszechnie akceptowany, zwłaszcza kiedy z demokracji parlamentarnej ewoluował w dyktaturę wojskową, a następnie w kierunku faszyzującego autorytaryzmu. Ale ponieważ byłem dzieckiem, to sprawy te mało mnie wówczas interesowały.

Miałem trzynaście lat i osiem miesięcy kiedy przestało istnieć państwo polskie i w dobrze mi znanej formie nigdy już się nie odrodziło. Kraj został podzielony na trzy części i poddany okrutnej władzy nazistowskiej III Rzeszy i komunistycznego Związku Radzieckiego. Mimo to – paradoksalnie – Polska nie tylko pozostała moją Ojczyzną, ale świadomość mojej polskości i poczucie patriotyzmu stały się bez porównania silniejsze i bardziej wyraziste. W Generalnej Gubernii , a dokładnie w Warszawie, gdzie spędziłem wojnę, obowiązywał szczegółowy kodeks zachowań patriotycznych, którego dość wiernie przestrzegałem, choć nie wszyscy warszawiacy byli być może tak skrupulatni – odrzucanie wszystkiego co niemieckie, unikanie kontaktów z Niemcami, wymigiwanie się od stosowania przepisów, a gdy tylko było to w miarę bezpieczne – czytanie Biuletynu Informacyjnego lub słuchanie polskich audycji BBC z Londynu. Jako młody chłopak w wieku gimnazjalnym podjąłem naukę na tajnych kompletach najpierw z historii Polski i łaciny, a potem – w liceum – ze wszystkich przedmiotów. W 1943 roku wstąpiłem do podziemnej organizacji szkoleniowo – patriotycznej pod nazwą Grupy Katolickie, która miała nas przygotować do działalności obywatelskiej po wojnie. W listopadzie 43-go roku wstąpiłem do Armii Krajowej – w moim przypadku raczej z poczucia patriotycznego obowiązku, niż w poszukiwaniu bohaterskiej przygody. Po wybuchu Powstania służyłem blisko dwa miesiące w szeregach Pułku Baszta na Mokotowie – sumiennie, ale bez heroizmu. Subiektywne poczucie, że walczę o wolną Ojczyznę i w każdej chwili mogę dla niej zginąć było bardzo budujące i w pewnym sensie było szczytem patriotyzmu w moim życiu. W moim ówczesnym licealnym środowisku dominowało przeświadczenie, że wkrótce Polska odrodzi się jako wolne, silne, demokratyczne państwo. Licząc na pomoc zachodnich aliantów wierzyliśmy, że kraj nasz szybko nadrobi straty wojenne i fenomenalnie rozwinie się dzięki naszemu zaangażowaniu  w to dzieło… Moja naiwność graniczyła ze ślepotą. Nad moim tapczanem wisiała wielka niemiecka mapa Europy, na której można było śledzić frontowe postępy naszych aliantów na Zachodzie i Armii Czerwonej na Wschodzie. Zanim dostałem się do niewoli, armia ta okupowała już wschodni brzeg Wisły. Opuszczałem Warszawę w drodze do jenieckiego obozu (na moje szczęście aż do Bremy, więc nie trafiłem do radzieckiej strefy okupacyjnej) w momencie, kiedy w Lublinie powstawała władza Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, która z pomocą i pod osłoną Armii Czerwonej i NKWD przejmowała kontrolę nad coraz szerszym terytorium i stopniowo tworzyła PRL wraz z monopartyjną dyktaturą, wzorowaną na stalinowskim ZSRR.

Ja z kolei zaczynałem nowe życie na Zachodzie. Dzięki krótkiej służbie w Pierwszej Dywizji Pancernej dowodzonej przez gen. Stanisława Maczka dostałem stypendium na Polski Wydział Prawa przy Uniwersytecie Oksfordzkim i od lutego 1946 roku zacząłem wyższe studia na koszt brytyjskich podatników, a potem fundacji i instytucji akademickich Wielkiej Brytanii, które trwały równo dziesięć lat. Kiedy Wydział Prawa zawiesił swoją działalność, a ja opanowałem tyle o ile język angielski, przeniosłem się na uniwersytet w szkockim St. Andrews, potem zrobiłem drugie magisterium w Oksfordzie, rozpocząłem pracę nad doktoratem, którą sfinalizowałem w roku1956. Następnie zacząłem uczyć politologii jako tutor w różnych kolegiach, aż wreszcie w styczniu 1961 zostałem etatowym wykładowcą uniwersyteckim i Fellow’em (tj. członkiem Rady Zarządzającej) Pembroke College, bez tytułu, ale ze statusem odpowiadającym do pewnego stopnia polskiej profesurze. Poza dydaktyką i sprawowaniem różnych administracyjnych funkcji w moim kolegium i na uniwersytecie prowadziłem badania naukowe, publikowałem i stałem się wybitnym (można powiedzieć światowej sławy) specjalistą od myśli politycznej G.W.F. Hegla. Pembroke College i Uniwersytet Oksfordzki były niejako moim drugim domem, a piękne, zabytkowe miasto Oksford, znane jako „a city of dreaming spires” (miasto strzelistych wieżyczek) stało się moją „małą ojczyzną” w której  przeżyłem czterdzieści trzy lata do momentu przejścia na emeryturę w 1993 roku –  ponad dwa razy więcej niż spędziłem w mojej wczesnej, dużej polskiej Ojczyźnie. W 1961 roku założyłem rodzinę i podjąłem się wraz z Denise, urodzoną w Rzymie w maltańskiej rodzinie, ciekawego zadania wychowywania trójki anglojęzycznych, brytyjskich dzieci.

***

Czy i kiedy stałem się Brytyjczykiem i co się stało z moją polskością?

Decydującym momentem było otrzymanie obywatelstwa brytyjskiego. Miało to miejsce w listopadzie 1952. Obyło się bez żadnych trudności dzięki mej służbie w Wojsku Polskim i sześcioletnim, pomyślnym studiom w Szkocji i Anglii. Na początku 1946 roku, kiedy znalazłem się na Wyspach Brytyjskich nie wykluczałem możliwości powrotu do Polski po skończeniu studiów. Wyobrażałem sobie, że będą one przydatne w odbudowie kraju, a ja  będę w Polsce mile witany. Jednakże sytuacja polityczna, którą bacznie śledziłem, szybko pogrzebała te nadzieje. Polska stawała się coraz bardziej komunistyczna, wprost stalinowska. Akowcy i powstańcy warszawscy byli dyskryminowani, a każdy związek z Zachodem był podejrzany. Formuła ówczesnego państwa oraz Konstytucja Lipcowa 1952  były zaprzeczeniem wszystkiego o czym marzyłem do wybuchu Powstania Warszawskiego. Nie mogłem się z tym wszystkim identyfikować – nie była to już w żadnym sensie moja Ojczyzna. Pogłębiający się stalinizm, który osiągnął w Polsce szczyt w końcu 1954 roku, a więc już po śmierci Stalina, utwierdził mnie w tym przekonaniu.

A jednak pamiętam, że kiedy w obecności notariusza i kilku kolegów ze studiów, przysięgałem na Biblię wierność Królowej Elżbiecie II i jej prawnym następcom, ściskało nie coś za gardło. Myślałem, że tym aktem zamykam sobie na zawsze drogę powrotna do rodzinnego kraju, że nigdy nie zobaczę rodziny i znanych z młodości stron, że wyrzekam się istotnej części mojej osobowości. Tymczasem historia sprawiła mi fantastyczną niespodziankę. XX Zjazd KPZR i tzw. „druga śmierć Stalina” wskutek tajnego przemówienia N. Chruszczowa w marcu 1956 wywołały ferment w bloku sowieckim, który przybrał najsilniejsze (przed Budapesztem) formy w PRL. Ostra krytyka stalinizmu w prasie, rozruchy poznańskie w czerwcu, konflikt z „towarzyszami radzieckimi” o skład kierownictwa i nowa linia polityczna PZPR, VIII Plenum KC i powrót Władysława Gomułki do władzy z jego sloganem „polskiej drogi do socjalizmu” – te wydarzenia zmieniły zarówno kraj jak i moją sytuację. W grudniu 1956 roku otrzymałem wizę do PRL i przyjechałem na Boże Narodzenie do rodziny. Zostałem do wyborów styczniowych 1957 i byłem świadkiem realnych zmian, które miały wtedy miejsce i jeszcze większych nadziei na przyszłość. Przekonałem się wówczas naocznie jak niewiele zmieniła się mentalność społeczeństwa polskiego, jak silne pozostały tradycje rodzinne, kościelne i narodowe. Polski komunizm był czymś „zewnętrznym”, „mechanicznym”, nawet jeśli uzyskał częściową akceptację na skutek wydarzeń Października.

Od tej pory, można powiedzieć, mój patriotyzm zaczął się odradzać. Zdobywanie uznania naukowego w świecie i coraz głębsze zakorzenienie w brytyjskie życie, skrupulatne przestrzeganie moich prawnych i obywatelskich obowiązków („patriotyzm życia codziennego”- jak nazywał to Hegel), dzielenie wielu sentymentów z mymi brytyjskimi współobywatelami (takich jak głęboki kryzys gospodarczy, rozkład Partii Pracy – na którą głosowałem jako wyborca – i ruchu związkowego, wojna o Falklandy, terroryzm IRA, czy też wejście Zjednoczonego Królestwa do Wspólnoty Europejskiej) – to wszystko było dla mnie bardzo ważne. Ale Polska grała wówczas ważną rolę w mej psychice i coraz większą rolę w mym życiu zawodowym i osobistym. Zacząłem publikować – naukowo i publicystycznie – o wydarzeniach w Polsce, takich jak upadek Gomułki i Gierka, a następnie powstanie NSZZ „Solidarność” i jej utarczki z władzą. Byłem tą osobą, która po wprowadzeniu stanu wojennego miała za zadanie wytłumaczyć w najpopularniejszym dzienniku telewizyjnym BBC „Six o’oclock news” pięciu milionom Brytyjczyków, co to oznacza i jakie może mieć konsekwencje.

W maju 1982, przed dużą oksfordzką publicznością, wygłosiłem odczyt pod tytułem „Polska droga od komunizmu”, w którym – na podstawie historycznej i socjologicznej analizy Polski po 1944, choć z pewnym elementem „wishful thinking”- przepowiedziałem nieuchronny koniec komunizmu w jego dotychczasowej postaci. Tego rodzaju działalność wzmocniła moją pozycję naukową i prestiż osobisty. Kilka miesięcy później z mojej inicjatywy został stworzony „program gościnności kolegiów oksfordzkich”, który przyjął się błyskawicznie obejmując wszystkie 37 kolegia. W okresie nieco dłuższym niż dziesięć lat programem objęte zostało ponad 800 studentów, doktorantów i pracowników naukowych z Polski, którzy dzięki temu mogli spędzić co najmniej jeden miesiąc na tym najstarszym uniwersytecie brytyjskim należącym do światowej czołówki wyższych uczelni. Działalność ta przyniosła mi ogromną satysfakcję, ponieważ udało mi się,  wykorzystując możliwości, które dawały moje obywatelstwo i pozycja akademicka – pomóc kilkuset Polakom i przyczynić się w jakimś stopniu do rozwoju nauki w Polsce. Dzięki przynależności do mojego brytyjskiego „homeland” mogłem uczestniczyć istotnie w życiu mej pierwszej, polskiej Ojczyzny wspierając jeden z jej pierwszych, transformacyjnych kroków w stronę Europy Zachodniej. Symbolem tej przynależności do dwóch wspólnot i uznania mej działalności na rzecz obydwu, było przyznanie mi w tym samym 1992 roku dyplomu „Oficera Imperium Brytyjskiego” (OBE) przez Królową Elżbietę II (za wzmocnienie stosunków brytyjsko – polskich) i tytułu Komandora Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta Lecha Wałęsę (za wkład w rozwój nauki polskiej). Historia oczywiście po raz kolejny zrobiła mi przysługę. Między moimi  dwiema Ojczyznami nie było konfliktów ani wrogości – wprost przeciwnie, zbliżały się one do siebie w różnorodny sposób. Wielka Brytania zaczęła wspierać rozwój Polski w kierunku demokracji i gospodarki rynkowej jeszcze przed końcem komunizmu i długo po jego upadku.

Schyłek mojej kariery naukowej na Uniwersytecie Oksfordzkim i usamodzielnienie się moich dzieci zbiegły się ze zmianą ustroju w Polsce i procesami jej szybkiej transformacji. Po wielu latach najpierw beznadziejnego, a potem coraz śmielszego oczekiwania, że Polska może stać się Polską o której mgliście marzyłem w 1944 roku – marzenia moje zaczęły się spełniać. Miałem dużo więcej wolnego czasu i mogłem poświęcać go przede wszystkim Polsce. Na zaproszenie prof. Bronisława Geremka byłem przez dwa lata doradcą Sejmowej Komisji Konstytucyjnej a potem doradcą Jana Marii Rokity, ministra – Szefa URM w rządzie Hanny Suchockiej, który stworzył zespół do modernizacji centrum rządu. Niestety, trzy lata częstych przylotów do Polski (pod koniec sprawowania tej drugiej funkcji nawet co tydzień) i mnóstwo poświęconego czasu nie przyniosły spodziewanych efektów – obydwa rodzaje działalności zakończyły się fiaskiem i przede wszystkim nie przyniosły Polsce  żadnych korzyści. Równocześnie zajmowałem się publicystyką, analizując i krytykując niedoskonałości transformacji ustrojowej w Polsce i sugerując niektóre (w mym mniemaniu – lepsze) rozwiązania oparte na znanych mi i bliskich doświadczeniach brytyjskich. Uważałem, że raczej uczciwa krytyka niż pochlebstwo jest właściwą formą patriotyzmu w ówczesnej chwili. Ale nowe polskie elity, prawdopodobnie motywowane fałszywą dumą narodową, nie bardzo zwracały uwagę na moje artykuły i wywiady.

***

I wreszcie szczęście jeszcze raz się do mnie uśmiechnęło – mogłem zrobić coś pożytecznego dla Polski. Dzięki wsparciu Instytutu Społeczeństwa Otwartego, założonego przez węgiersko – amerykańskiego miliardera George’a Sorosa (z którym wcześniej współpracowałem na polu stypendialnym), udało mi się zainicjować tak bardzo potrzebne szkolenie młodych liderów społecznych i politycznych, zignorowane zarówno przez wąsko – akademickie wyższe uczelnie  w Polsce, jak i resztę elit. Dzisiaj, po blisko piętnastoletniej działalności, założone przeze mnie Stowarzyszenie Szkoła Liderów może chlubić się grupą kilkuset absolwentek i absolwentów oraz znaczącym wpływem na rozwój społeczeństwa obywatelskiego w Polsce.

***

Mam nadzieję, że tymi krótkimi, biograficznymi refleksjami udało mi się dowieść, że można mieć dwie Ojczyzny i być podwójnym patriotą, nie tylko w sferze werbalnych deklaracji i nawet szczerych odczuć, ale – co chyba najważniejsze – w sferze konkretnych działań i wymiernych efektów. Wiele lat temu, podczas przyjęcia u jednego z ambasadorów Jej Królewskiej Mości w Warszawie, pana Normalna Reddawaya, był on uprzejmy powitać mnie i przedstawić jako „200 per cent man – 100 per cent Polish and 100 per cent British”. Zawierała się w tym stwierdzeniu pewna przesada, ale wiernie oddaje ono to co wtedy czułem i czego dzisiaj doświadczam.

Tłumaczenie ‘The Warsaw Uprising’ [Powstanie Warszawskie]

Lipiec 1944 był gorącym miesiącem w Warszawie, ale niewiele osób zwracało uwagę na pogodę. Z fascynacją i przyjemnością obserwowaliśmy widoczne znaki niemieckiego odwrotu przed armią sowiecką. Długie kolumny żołnierzy przechodziły przez miasto w dzień i w nocy. Słyszeliśmy wyraźnie dźwięk ciężkiej artylerii od wschodu, po drugiej stronie Wisły. Sowieckie samoloty czasem przelatywały nad miastem. Niemcy byli w nerwowym, złym nastroju, węsząc wszędzie sabotaż.

Podziemna Armia Krajowa licząca około 30 000 osób była mobilizowana do jakiejś akcji. Chłopcy z obecnej armii, ja i przyjaciele, którzy wstąpili do AK poprzedniego roku utworzyliśmy kompanię siedemnasto- i osiemnastolatków. Nasze motywy były proste: pragnęliśmy okazać działaniem naszą nienawiść do Niemców, nie chcieliśmy siedzieć i czekać aż nas oswobodzą Rosjanie. Wielu z nas oburzał fakt, że komunistyczny „rząd cieniów” został właśnie ustanowiony odgórnie w Lublinie, za rosyjską linią frontu. Uważaliśmy, że polski rząd na wygnaniu w Londynie jest praworządny i byliśmy gotowi okazać mu naszą lojalność.

W końcu lipca zdaliśmy sobie sprawę, że powstanie jest o krok. Pierwszego sierpnia około południa przyszła wiadomość: „Zaczyna się po południu”. Pobiegłem do domu, aby coś zjeść i zmienić ubranie. Moi rodzice, wiedząc że jestem w AK czuli, że coś się szykuje. Przed wyjściem pocałowałem matkę i to mnie niemal wydało. Spojrzała na mnie ostro i zapytała z niepokojem: „Wrócisz dziś wieczorem, jak zwykle, nieprawdaż?”. Udzielając odpowiedzi skłamałem, ale byłem pewny, że rozstajemy się tylko na parę dni. De facto spotkałem się znów z rodziną dopiero po przeszło 12 latach.

Wskoczyłem do przepełnionego tramwaju jadącego na Mokotów, dzielnicy na południu Warszawy, do domu, gdzie nasza jednostka zbierała się. Stałem na tylnej platformie tuż obok dwóch SS-manów, przestraszony świadomością moich wypchanych kieszeni. Dostałem sześć brytyjskich granatów do przewiezienia i po prostu włożyłem je do dwóch kieszeni marynarki. Wysiadłem na tym samym przystanku co Niemcy, którzy zmierzali do dużego budynku, niegdyś średniej szkoły, obecnie silnie strzeżonych i obwarowanych koszar. Moim miejscem przeznaczenia był natomiast niewielki prywatny dom znajdujący się nie więcej niż blok lub dwa od koszar.

Mój pluton był tam już w pełnym składzie. Kazano mi położyć się na podłodze obok innych i zachowywać się cicho i spokojnie. Było to parę minut po drugiej. Minęła godzina, dwie. Gdzieś w dali rozległy się strzały, potem broń maszynowa. Wciąż czekaliśmy. Wpół do czwartej, piąta; ktoś zapukał do drzwi. Dowódca plutonu zjawił się i powiedział: „Na to czekaliśmy chłopcy. Wstawajcie”. Wyszliśmy do niewielkiego parku przed domem (był to park Dreszera). Nasz dowódca wyjął pistolet i włożył go sobie za skórzany pas, który nosił na marynarce. Był to wspaniały, symboliczny gest; oznaczał, że wynurzaliśmy się z podziemia i z konspirantów stawaliśmy się powstańcami. Ale gdzie była nasza broń? Ładna młoda blondynka przyniosła pęk biało-czerwonych opasek, które kazano nam nałożyć. Według jakiejś konwencji międzynarodowej rzekomo dawały nam one status żołnierzy stawiały nas pod ochroną reguł wojny. W rzeczywistości rozdrażnieni Niemcy nie zwracali najmniejszej uwagi na opaski i rozstrzeliwali wszystkich jeńców traktując ich jako „bandytów”. Dopiero znacznie później, gdy Brytyjczycy zagrozili sankcjami w formie odwetu Wehrmacht zmienił swe zachowanie. Ale nie SS – w dalszym ciągu uważali, że mają prawo zabijania jeńców.

Kiedy czekaliśmy na broń park zapełnił się młodymi ludźmi z innych plutonów naszej kompanii. W końcu nadjechała taksówka z biało-czerwoną flagą na masce samochodu i wyładowano różną broń. Nasza chciwość zamieniła się w rozczarowanie, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że ma być podzielona między trzy plutony. Nasz przydział to był jeden pistolet maszynowy i pięć karabinów plus amunicja i parę granatów (butelek z benzyną – tzw. „koktajl Mołotowa”), co wystarczyło na uzbrojenie połowy ludzi. Dla reszty ta pierwsza noc była strasznym rozczarowaniem – nie mieli nic do robienia.

Szczęśliwa połowa kompanii wkrótce poszła do akcji przeciwko ufortyfikowanym koszarom. Dwa czy trzy razy Polacy próbowali natarcia, ale zostali odparci przez ciężki niemiecki ogień. O świcie nasze jednostki wycofały się i zaczęły przygotowywać się do niemieckiego kontrataku. Było to rozczarowaniem, ale wiadomości z innych sektorów Mokotowa i reszty Warszawy były bardziej zachęcające do walki. Duża część miasta została oczyszczona z nieprzyjaciela. Następnym krokiem było połączenie wszystkich sił powstańczych ze sobą. Niemcy starali się nie dopuścić do tego poprzez utrzymanie w swych rękach kluczowych budynków i ulic dopóki nie nadejdą posiłki.

Pierwszymi ofiarami powstania byli cywilni Polacy pozostawieni za niemieckimi liniami. Byli wypędzeni z domów, ograbiani. Mężczyźni, szczególnie młodzi, byli setkami poddawani egzekucjom. Niesamowite okrucieństwa działy się tylko kilkaset metrów od naszych pozycji. Niedaleko nas (na ulicy Rakowieckiej) znajdował się dom ojców Jezuitów, dobrze znanych podczas okupacji ze swych kazań o politycznym i patriotycznym wydźwięku. Został otoczony przez SS-manów, którzy spędzili wszystkich do piwnicy i zmasakrowali ogniem z karabinów maszynowych.

Po naszej stronie mężczyźni i kobiety, którzy przedtem nie byli w podziemiu, przyłączali się, a młodzi chłopcy mający nie więcej niż dwanaście, trzynaście lat błagali, aby ich wziąć na kurierów lub ordynansów. Jednym z ich zadań było dostarczanie listów z jednej dzielnicy do drugiej poprzez kanały. Armia Krajowa wydała nawet własne znaczki podczas powstania. Była to jedna z rzeczy, która stwarzała iluzję niepodległości. My delektowaliśmy się tą wizją. Afisze z patriotycznymi apelami oraz nakazy władz wojskowych i cywilnych pojawiały się jak grzyby po deszczu. Dzienniki i periodyki zaczęły wychodzić regularnie, a stacja radiowa kontrolowana przez powstańców zaczęła emitować audycje. Polskie flagi i orły zastąpiły niemieckie flagi i swastyki. Ulice i place wróciły do swych starych nazw, zaś napisy w języku niemieckim były zamalowywane.

Niemal zaczynaliśmy zapominać o koszmarze okupacji, a nawet samo powstanie przesunęło się na drugi plan. Pamiętam, że po tygodniu na linii frontu mój pluton został zwolniony i wysłany na krótki odpoczynek. Zakwaterowano nas w dużej pustej willi, której zamożni właściciele prawdopodobnie byli na wsi na wczasach. Znaleźliśmy jedzenie, trunki, papierosy i wspaniałą bibliotekę. Właśnie tam odkryłem powieści P.G. Wodehouse’a w polskim tłumaczeniu. Zacząłem od „Leave it to Psmith”, którą przeczytałem galopem. Znalazłem drugą powieść, przeczytałem ją i zacząłem trzecią, kiedy wezwano nas na front. Nie mogę wyjaśnić tej całkowitej absorpcji w świecie ubogich młodych mężczyzn, bogatych ekscentrycznych arystokratów i dyskretnych lokajów, tak kompletnie innego od mego życia. Powieści utkwiły mi w pamięci. Przez półtora roku, zanim przyjechałem tutaj, był to jedyny obraz Anglii w mej wyobraźni. Wracałem do willi, aby pożyczać dalsze książki, do chwili, kiedy pewnego dnia okazało się, że willa znikła z powierzchni ziemi uderzona niemiecką bombą.

Bombardowanie stało się bardzo uciążliwe w drugiej połowie sierpnia. Było to dzieło trzech samolotów bombowych, tzw. nurkowców. Startowały rano z lotniska w pobliżu Mokotowa, pozbywały się swego ładunku, brały nowy zapas bomb i wracały pół godziny później z nieubłaganą regularnością przez niemal 12 godzin dziennie. Nie mieliśmy żadnej obrony przeciw nim. Szukało się gdzieś schronu, gdy „stukasy” pojawiały się, ufano szczęściu. Pewnym popołudniem szedłem do pobliskiego szpitala w poszukiwaniu młodszego brata, który gdzieś zaginął. Trzy znajome samoloty pojawiły się nad dzielnicą, pobiegłem więc do piwnicy sporego, solidnie wyglądającego domu, gdzie wiele innych osób – wśród nich dużo kobiet i dzieci – schroniło się. Najpierw usłyszałem ryk nurkującego silnika, potem był moment ciszy, a następnie druzgot walących się murów. Znaleźliśmy się pod trzema piętrami gruzu. Od śmierci uratowały mnie dwie grube belki, które utworzyły osłonę przed spadającymi elementami budynku. Ratownicza drużyna wykopała mnie po trzech godzinach, ale niewiele innych osób przeżyło. Zabrano mnie do zaimprowizowanego szpitala, tzw. lazaretu, w piwnicy innego domu i zatrzymano na około dwa tygodnie.

Kiedy powróciłem do swej jednostki, znalazłem ją w zupełnie innym nastroju. Niemcom udało się przerzucić część czołgów i oddziałów z frontów rosyjskich, które zaczęły silnie naciskać na nas. Nadzieje na dużą pomoc zachodnią z powietrza znikły. Było sporo nocnych zrzutów broni i amunicji dokonywanych przez alianckie samoloty z baz we Włoszech, jeden duży amerykański zrzut dzienny, z których niestety Niemcy skorzystali więcej niż my. Zaczęto mówić o kapitulacji i podobno zaczęły się jakieś próby negocjacji. Nagle 11 września armia sowiecka dotarła na obrzeże Warszawy i zajęła dzielnice leżące na wschód od Wisły. Nasze nadzieje znów odżyły. Pomoc Rosjan wydawała się niemal pewna. Ludzie wyszli na ulice w przystępie radości. Przez parę dni mosty po polskiej stronie były bronione, aby pomóc Rosjanom przeprawić się. Niestety, po ogromnych stratach, wąskie polskie przyczółki trzeba było porzucić. Wyglądało na to, że Rosjanie nie byli zainteresowani uratowaniem powstania przed klęską i to – o czym zdałem sobie sprawę później – było prawdą. Dla wielu naszych liderów powstanie było czysto politycznym przedsięwzięciem. Mieli nadzieję, że uzyskawszy kontrolę nad Warszawą zrobią wrażenie na społeczeństwie swoją siłą i zmuszą Rosjan do negocjacji z polskim rządem na wygnaniu w Londynie. Nic zatem dziwnego, że Rosjanom było wygodnie, aby Niemcy nas zniszczyli.

Jedna dzielnica po drugiej wpadała w ręce Niemców. Po bombardowaniu następował ostrzał z ciężkiej artylerii. Moździerze i co gorsza rakiety zrywały ściany całych domów. Piwnice przepełniły się rannymi, kobietami i dziećmi. Zaczęło brakować wody i trzeba było ją racjonować. Chleb, mięso i tłuszcze znikły i wkrótce nasz dzienny posiłek zmniejszył się do jednej miseczki niesmacznego kleiku. Mogliśmy zdobyć jedynie grabieżą świeże jarzyny z ogródków działkowych w ziemi niczyjej organizując zbrojne patrole nocne. Ryzykowało się życiem za worek ziemniaków, pomidorów czy fasoli. Głód zmuszał ludzi do jedzenia koni, psów i kotów. W końcu Niemcy pozwolili cywilom opuścić Warszawę przez ich linie i wielu z tego skorzystało.

Pod koniec września Niemcy zaczęli swój atak na Mokotów. W niedzielę rano lawina bomb, pocisków i rakiet spadła na dzielnicę. Ten proces zmiękczania trwał cały dzień. Kiedy zapadła noc, Niemcy ruszyli do akcji. Tej samej nocy moja kompania została skierowana na tyły, aby wzmocnić naszą obronę. Byliśmy tam dwie noce i dzień, desperacko broniąc jeden dom po drugim, lecz Niemcy wciąż nas wypierali. W tym krótkim czasie połowa naszych ludzi została zabita lub ciężko raniona. Utrzymywaliśmy mniej niż kwadratową milę Mokotowa, otoczeni czołgami i wojskowymi jednostkami. Nie byliśmy w stanie wytrzymać więcej niż parę godzin. Nasze jednostki miały być zatem ewakuowane, począwszy od tej nocy, kanałami do ostatniej śródmiejskiej części dzielnicy będącej w rękach polskich.

Następnych dwanaście godzin było dla mnie największym horrorem w okresie powstania. Ci którzy oglądali polski film „Kanał” mogą wyobrazić sobie co to było. Przed świtem znalazłem się w długim ogonku żołnierzy wchodzących do włazu, który był wejściem do kanału. Ktoś dał mi niemiecki pistolet maszynowy do niesienia, dwadzieścia naboi i dwie butelki wódki. Kolejka ruszała się naprzód strasznie powoli i stojąc w niej cierpieliśmy męczarnie. W końcu, po trzech godzinach, przyszedł czas na nas. Po zejściu na dół czołgaliśmy się niskim tunelem do głównego kanału, który miał może dziesięć stóp wysokości i pięć szerokości. Tam była druga kolejka. W ciemności i ciszy, z ręką na ramieniu człowieka przed nami, po kolana w śmierdzącej, zamulonej cieczy brodziliśmy powoli naprzód starając się nie chlapać lub pośliznąć. Od czasu do czasu słyszeliśmy czołgi toczące się nad nami i fragmenty niemieckich rozmów. Nagle po linii przebiegła błyskawiczna wiadomość: „Nie ma przejścia, wszystko zablokowane przez Niemców”. Nastąpił chaos, gdyż ludzie będący przed nami zaczęli zawracać, podczas gdy ci z tyłu pchali się naprzód głusi na ostrzeżenia. Nagle w powietrzu nastąpił wybuch i poczuliśmy silny smród, który wywołał panikę. Szeregi połamały się, jednostki rozdzieliły, a ranni zaczęli upadać. Podniósł się wrzask i krzyki: „Topią nas! Gaz! Czy czujecie gaz? Wracać do Mokotowa!”.

Mnie i dwojgu przyjaciołom – wszystko co pozostało z naszej jednostki – udało się przepchnąć z powrotem. Za nami nastąpiła kolejna eksplozja, a potem trzecia, jeszcze bliżej. Niemcy zdali sobie sprawę, że kanał był pełen ludzi. Przylgnęliśmy do lepkiej, gładkiej, zaokrąglonej ściany kanału. Minęły sekundy, potem minuty. Nic się nie działo. Nasze nerwy nie wytrzymały dłużej napięcia. Porzuciliśmy wszystką broń i ruszyliśmy do najbliższego włazu. Ktoś wspiął się w górę i krzyknął łamanym niemieckim: „Deutsche Soldaten! Nicht schiessen! Hier Polnische Kamaraden!”. Niemcy ryknęli śmiechem i krzyknęli: „Raus!”. Klapa włazu podniosła się i jeden po drugim nasza mała grupa wynurzyła się, oślepiona słońcem. Żołnierze, dzięki Bogu, byli z Wehrmachtu. Zrewidowano nas, zabrano zegarki i pieniądze i odmaszerowano pod strażą w okolicę tego samego małego parku, gdzie zebraliśmy się 1 sierpnia.

Centrum skapitulowało parę dni później i 5 października reszta powstańców zaczęła niewolę. Przyłączyli się oni do nas w przejściowym obozie blisko Warszawy, skąd w zatłoczonych wagonach towarowych rozesłano nas do obozów jenieckich po całych Niemczech. Pozostali cywile zostali zmuszeni do opuszczenia Warszawy lub trafiali do obozów; niektórzy skończyli w Auschwitz lub innym obozie koncentracyjnym. Warszawa stała się miastem-widmem, całkiem wyludniona, za wyjątkiem niemieckich jednostek saperskich, które w zwykły niemiecki systematyczny sposób zabrały się do wysadzania wszystkich stojących jeszcze budynków. Zanim skończyli, ich pracę przerwała masywna ofensywa sowiecka 11 stycznia 1945 roku. Tego samego dnia Armia Czerwona zajęła Warszawę. Nie było wiwatów, kwiatów i wyrazów wdzięczności dla zwycięzców, nie było kogo wyzwalać. Pozostały tylko ruiny i trochę opustoszałych budynków.

An extract from Boleslaw Taborski: “Moje powstanie wtedy I teraz” (“My Uprising Then and Now”) 

This contains the notes he wrote at the time. (1-08-1944 to 19-09-1944). Translated by Zbigniew Pelczynski

The saga of the attempted escape from Mokotow to the centre of Warsaw has frequent references to “Jagiello”, “nom the guerre” Zbigniew Pelczynski adopted as a member of the underground

We are waiting at a manhole. At 5 am we descend into the sewer. The germans are already on Kaziemierzowska and Raclawicka Street [about a mile from the manhole – ZAP]. A row in the sewer – neither forward, neither back. We are waiting for an hour, with arguments and swearing, at last we reached the master sewer under Pulawska Street.  “Walet” [one of our unit – ZAP] runs off with some-others. Three of us joined the unit of a captain “Gustaw” and move forward with a group of 148 men. I stick to “Jagiello”. A slow tragic march a long way sewer to Rakow. Useless cries for silence. There is no guide. Encounter with a group returning from the opposite direction. There is a crowd at the crossroads. “Strata” joined us [our unit member – ZAP]. We follow an unknown LT “Woss”. We stopped at a manhole. “Woss” killed by german grenade, the rest takes to the hills. Section of the sewer leading to the centre covered with rubble. The germans start filling the sewer with water, they let in the choking gas. The crowd disperses trampling people under foot.  “Jagiello”, “Stratta” and I crouched in a niche, near a manhole. LT “Dab” proposes to move forward when the crowd moves on. We hear the sound of grenades. We are waiting for death. Hell. Finally some people force the manhole open (at the corner of Rozana Street), men start climbing up and surrounding  to the Germans. We also climb out. We are ready for death. We see tremendous destructions caused by bombs and soviet artillery. It is one o’clock. The Germans confiscate our things, form us into unit and lead through Rozana Street. The whole Mocotow is on fire. A sitting rest facing some “calmucs” [German mercenary soldiers from Soviet Asia, with a machine gun pointed at us – ZAP]. We take a last look at our brick forty-fight and the ruins of Warsaw, when they lead us along “Independence Avenue”, past the “Altasar” [forty-fight insurgence block – ZAP] to the “Mokotow fort” [an old military stronghold]. All surveying Mocotow defendants (2000 men) and some civilians. I and “Jagiello” join men from our unit. All are there except “Walet”. The gentle general v. Bach makes a speech [commander in chief of German forces in Warsaw – ZAP], “We are prisoners of war”. A pea soup is served excellent and plentiful. After lunch long march around the outskirts of Warsaw (..) Late at night we reached an old railway depot in Pruszkow [an old according to Taborski’s book the number of soldiers of our “B1 company” fighting in Mocotow was around 4 hundred of whom 158 died in the uprising – ZAP].

“Wednesday 27th of September

(…)

I am waiting in a crowd of other insurgents near the manhole at the corner of  Szustra and Baluckiego Street. The sewer is chock-a-block with people. At 5 am the germans are already on Kazimierzowska and Raclawicka Street [probably around 3 km away]. The officer in charge of evacuation single-handedly pushes me (together with around 150 other injured men) into the manhole. People pile on each other. The sewer is less than 1 m high; we need to crawl on all fours. (…)

The main sewer in front of us is blocked. In this claustrophobic situation people are going mad. I cannot move forward nor backwards for an hour. One hears only quarrels and swearwords. Finally we reach the storm sewer under Pulawska Street. Here one can move upright, than we have to emerge into stinking “waters” of the sewer. (…) Down here one needs to keep total silence, yet for frightened mob this is an impossible task. The hysteria of the civilians affects even some soldiers. (Why are they even here, in this military evacuation?(…)). Our group begins to disperse. I stick to Jagiello, who also left hospital after a concussion. Than “Strata” [our section leader] joins us.

We join a large group of LT “Gustaw” (…) .  Emerged in this stinking slush and darkness, we are desperately trying to reach Rakowicka street. But there is guide. The germans are above; one must be silent. But asking for it is of no avail. We are at a junction of two sewers (…) . There is crush and confusion because we try to move forward and others push backwards.

We are following a LT “Woss”. We stop at a manhole. We hear screams: Germans have heard noise and threw down a hand-grenade.  “Woss” supposedly perishes. The mob panicky rushes to escape this horror, treading everybody under foot.  I see corpses in the water. (…). There are rumours of grenades being thrown in, flooding and releasing poison gas. The scenes resemble Dante’s Inferno.

In this Gehenna situation I, “Jagiello” and ”Strata” decide to crouch in a canal niche and wait. (…)

We hear detonation of grenades; we lose the will to do anything; there is nowhere to go. Emerging on the surface is a certain death. But it also awaits us underground. In fact we are convinced that we will not make it alive no matter what. (…). Just as told in movies my whole life passes in front of my eyes: From early childhood till this hopeless uprising; and my dear ones I am not going to see.

Some people force the manhole cover , they climb out and surrender. We consult each other briefly and do the same, convinced that death awaits us up there. What’s the difference where one dies? And yet we prefer not to perish in the sewer – like rats. It is 1 pm. We have spent 8h in the sewers. Strangely it seemed like 24h.

The germans help us out of the manhole. One of them “helpfully” pulls “Jagiello” by the hand and steals his watch. We stand blinded for a moment by sunlight. We realise we are in a small square, so near the place where we first submerged into the sewers. We see tremendous destruction caused by  soviet artillery which is still firing. Germans are circling around seizing anything that is valuable. Whenever a missile lands near they leave us in the middle of the street and run for shelter. Eventually they put us under wall and put machine gun in front of us. So is it now? Again images more and more chaotic are passing before our eyes.

(…)

We are saved by an officer on a motorcycle who stops potential execution in the very last moment.”


ZAP: Than we we grouped in a small formation and started marching. We slowly left Mokotow observing the tremendous damage and remaining houses being set on fire by the germans. We take a last look at our brick forty-fight and the ruins of Warsaw, when they lead us along “Independence Avenue”, past the “Altasar” [forty-fight insurgence block – ZAP] to the “Mokotow fort” [an old military stronghold]. All surveying Mocotow defendants (2000 men) and some civilians. I and “Jagiello” join men from our unit. All are there except “Walet”. The gentle general v. Bach makes a speech [commander in chief of German forces in Warsaw – ZAP], “We are prisoners of war”. A pea soup is served excellent and plentiful. After lunch long march around the outskirts of Warsaw (..) Late at night we reached an old railway depot in Pruszkow [an old according to Taborski’s book the number of soldiers of our “B1 company” fighting in Mocotow was around 4 hundred of whom 158 died in the uprising – ZAP].

ZBYGNIEW PELCZYNSKI: A Life Remembered, by David McAvoy (1959)

From E-Learning V

Fig.1 Front Cover: The young Hegel scholar giving a tutorial in his rooms at Pembroke College, Oxford

A Review

Pembroke has had more than its fair share of remarkable dons. It was during his time at the College that J. R. R. Tolkien wrote The Hobbit and the first two volumes of The Lord of the Rings. Sir Robert Mackintosh saved the lives of countless servicemen during the Second World War by his hazardous experiments to test life jackets and other equipment. Sir George Pickering’s work on high blood pressure was ground-breaking. Robert Baldick, the flamboyant, prolific and bearded fellow in French was the celebrated editor of the Penguin Classics series, was in his mid-forties and at the height of his powers when he died in his mid-forties in 1972. Robert Heuston became one of Britain’s most influential and innovative constitutional lawyers. Simon Blackburn went on from his fellowship at Pembroke to become the country’s most famous philosopher, while Piers Mackesy’s historical writings became a model for the study of guerilla warfare.

Among this distinguished gallery, Zbygniew (“Zbyszek”, “Zbig”,” ZAP”) Pelczynski is undoubtedly one of the outstanding and most loved Pembroke fellows of the last century. From the 1950s to the early 1990s he was first a lecturer then a fellow in politics. Yet, this long period of service was neither the beginning nor the end of his career. Since his retirement nearly twenty years ago, he has remained as least as active as before in advising Polish governments and in training young leaders of his native country following the fall of Communism. His work continues as he commutes tirelessly between Barton-on-the-Heath near Oxford and Warsaw.

Inevitably, Zbyszek was something of a mystery to colleagues in light of his early history as a child in Poland, as a fighter in the abortive Warsaw uprising of 1944 and as a prisoner of the Nazis. He stood out in the College not only for his devotion to his students but for his sense of style, which extended to the fashionable modernism of the furniture and artwork in his rooms.

Thanks to David McAvoy, one of Zbyszek’s earliest students at Pembroke, we now have a rounded, very well-written account of his long life. It will be of exceptional interest not only to his pupils and colleagues but to newer generations of Pembrokians to whom the Soviet Union and its grip over Central and Eastern Europe, thankfully, are things of the past.

It is worth noting that it was an innovation of the current Master, Giles Henderson, that led to the author to undertake this ambitious but thoroughly successful work. One of the annual meetings at which the College financial accounts and developments are presented to old members was the occasion when the author started talking with his former tutor and the idea of a biography germinated. The two of them had unusually frank and personal discussions, consulted a considerable number of people who had played parts in Zbyszek’s life and even visited Warsaw together to see the sites where he had narrowly survived during the uprising.

Though the author is at pains to explain that his book is not a conventional biography but rather a collection of reminiscences of his subject, it succeeds in telling an unusual story which will fascinate Pembrokians and Zbyszek’s many admirers in Poland. It has a far wider relevance as the story of a man who was fated to experience the sufferings of Hitlerism, to be exiled from his country by the excesses of Stalinism and who nevertheless exemplified hope, moderation, and tolerance, and who taught the theory and practice of the “civil society”.

While the book was being prepared Zbyszek obviously spoke with notable frankness about topics that are normally passed over. Not only does the Zbygniew Pelczynski: A Life Remembered tell of the subject’s change from active Catholicism to being a non-believer, we learn of the secrets of his sexual development, of his parents’ shortcomings, of initial criticism of his academic capacities by one of his main mentors, of his tax affairs and of aspects of his mental health.

Evidently not all secrets can be revealed in this biography. Perhaps we will never hear the full story about the contest for the Mastership of Pembroke in 1975. This took place when Zbyszek was Vicegerent. In this capacity, he presided over proceedings which led to the final selection of a Master in preference to his own favoured candidate. Little is revealed to the reader apart from the disillusion which Zbyszek felt with the College until Sir Roger Bannister became Master. So, for what it is worth, let the story, as mysterious as The Thirty Nine Steps or The son of The Thirty Nine Steps, continue to be shrouded in darkness and the name of the defeated candidate remain concealed.

As the photograph on the cover of the book well shows, Zbyszek was (and remains) strikingly handsome. Good looks combined with exceptional charm and a talent for friendship. This was to stand him in good stead when he came to Oxford from St Andrews University as a post-graduate student in 1949. It was with his Nuffield College friend David (now Sir David) Butler that he went to a British Broadcasting Corporation party where he met his future wife Denise Cremona. When he rented a country cottage in Berkshire to escape the social attractions of Oxford and to write his doctoral thesis, he found himself a regular invitee of the owner of Compton Beauchamp House, the local Tudor manor. He was even introduced to the equestrian pursuits of the gentry.

Yet, his easy integration into Oxford and into British country life concealed considerable inner turmoil and uncertainty, which were hardly surprising in view of his exceptionally difficult experiences of growing up under Nazi occupation in Poland (well told, though briefly in the book). For over a decade, he did not visit Poland. Only after the death of Stalin and the political thaw in Russia which became evident with the leaking of the secret speech given in 1956 by Communist Party Secretary Nikita Kruschev to the Twentieth Party Congress was there change within Poland sufficient to permit Zbyszek to visit his family and his old friends there.

The 1950s not only was the time when Zbyszek was becoming a part of Oxford life, the decade also was at the height of the Cold War when Western individualism and liberalism was being pitted against Soviet totalitarianism. Instinctively, Zbyszek did not feel comfortable with the rhetoric that posited such an extreme contrast between two opposing types of society. When he revisited Poland in the late 1950s, he saw a country which, though restricted and undemocratic, could not realistically be described as “totalitarian”. Moreover, the individualistic philosophies of Sir Karl Popper (a particular bete noire of his) and even of his friend Sir Isaiah Berlin ignored the communitarian features of a good society. Zbyszek was ahead of his time in taking this position. Until his McCallum Lecture of 1982, he was reluctant to set out his social philosophy in his publications and public utterances.

During his his twenty years at the College, such caution meant that he fell short of becoming a famous public intellectual like Berlin. But the gainers were his students with whom he had inspiring discussions. Later, Zbyszek was to become an important political actor during the period of marshall law in Poland in the 1980s and after the fall of the Communist regime. He showed the same devotion to scholars and young political leaders in Poland and in other parts of Central and Eastern Europe that he has always shown to his charges at Pembroke.

The book shows that Poland, though his primary overseas passion, was by no means his only interest. There are accounts of his enthusiasms for Israel, Australia and for some aspects of the United States.

This is a full and varied account of an inspiring life which is still in full flow.

Michael Pinto-Duschinsky (1961)

Fig. 2 Taking a tutorial – Pembroke College

ESEJ RECENZYJNY: LIBERALNA EDUKACJA I PRZYWÓDZTWO OBYWATELSKIE

ZAP COVER

Paul O. Carrese

(Vermont i Pembroke ‘89)

David McAvoy, Zbigniew Pełczyński: A Life Remembered, przedmowa: Walter Isaacson (Guildford, Wielka Brytania: Grosvenor House Publishing, 2012).

Walter Isaacson (Louisiana i Pembroke ‘74) wie co nieco o pisaniu biografii światowej sławy polityków, naukowców i wynalazców, stąd też miłą niespodzianką jest lektura jego przedmowy do „niesamowitego życia” nieco mniej słynnej postaci – oksfordzkiego profesora, będącego czołowym badaczem niemieckiego filozofa Hegla, a przy tym polskim, co więcej, europejskim patriotą oraz przykładem niezbędnego ogniwa między liberalną edukacją a przywództwem obywatelskim. W swojej ekscytującej przedmowie do jego biografii, posiadającej też cechy pamiętnika, o swoim byłym opiekunie naukowym na Uniwersytecie Oksfordzkim Isaacson pisze, że w życiu Zbigniewa Pełczyńskiego „odbija się większość tego wszystkiego, co jest inspirujące w dwudziestym stuleciu: upadek faszyzmu i sowieckiego komunizmu oraz rozprzestrzenianie się wiedzy i wolności ludzkiej”. Nie wspomniał wprawdzie, że większość profesorów z reguły nie wyraża zgody na pisanie swoich biografii czy też publikację wspomnień, podkreślił jednak, że życiowy dorobek tego „łagodnego nauczyciela, skromnego badacza [oraz] wspaniałomyślnego mentora” jest wielką lekcją dla każdego wolnego i rozumnego człowieka. Dlatego właśnie wraca wspomnieniami do swoich ulubionych zajęć z filozofii politycznej, prowadzonych przez profesora Pełczyńskiego kilka dekad wcześniej: „Od Arystotelesa i Platona uczymy się, jak ważne jest rozmyślanie nad szczęśliwym życiem oraz dążenie do niego. Jednym z najlepszych sposobów zrozumienia tej koncepcji w dzisiejszym świecie jest właśnie przestudiowanie i podziw nad życiem” tego nauczyciela i badacza, który zainspirował młodego Isaacsona swoją „ideą przekształcania myśli w czyn”. Amerykańscy Oksfordczycy powinni szczególnie gorliwie podjąć to wyzwanie Isaacsona – do refleksji, poznania i podziwu. Mimo że studenci i wykładowcy z ciepłą nostalgią – której doświadczam również ja – studiują życie tego wielkiego mentora i obywatelskiego lidera, to przyszłość nie maluje się w tak pięknych barwach. W XXI wieku, będącym już drugim stuleciem istnienia Rhodes Scholarship, uczelniom wyższym w Ameryce i Wielkiej Brytanii coraz trudniej jest wydać na świat tak oddanych nauczycieli oraz kreatywnych studentów w dziedzinie nauk humanistycznych i społecznych. To wymagające znacznych środków selektywne działanie jest niezbędne do szerokiej i liberalnej edukacji, która z kolei stanowi zarówno ideał cywilizacyjny, jak i kluczowe przygotowanie do przemyślanej pracy w środowisku akademickim i – bardziej ogólnie – w wolnych społeczeństwach. Tymczasem rośnie presja, aby kłaść nacisk na ekonomię skali, otwarty dostęp, „wymierne efekty” i postęp technologiczny – jako cele same w sobie, szczególnie poprzez programy online i szkolenia zawodowe. Oksford, podobnie jak inne ośrodki, był w stanie przetrwać wojny, katastrofy ekonomiczne i różnorakie kryzysy w minionym tysiącleciu, ale czy rzeczywiście wyższe i liberalne kształcenie przetrwa MOOC (masowe otwarte kursy online) oraz ciasny pragmatyzm?

Pełczyński przekuwał myśl w czyn głównie poprzez swoją długą i imponującą karierę na świetnym uniwersytecie, wyznającym zasady edukacji liberalnej, ucząc i pisząc o polityce w tolerancyjny i otwarty sposób od lat 50. do lat 90. Wśród jego studentów było wielu stypendystów Rhodesa, z których jeden został później prezydentem USA (Clinton: Arkansas i University ’68), inny amerykańskim senatorem (Sarbanes: Maryland/DC i Balliol ’54), a jeszcze inni uznanymi urzędnikami w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych oraz innych krajach. (Wśród fotografii zamieszczonych w niniejszym numerze znajduje się zdjęcie Pełczyńskiego odwiedzającego swojego byłego studenta w Gabinecie Owalnym Białego Domu). Jednym z podopiecznych profesora w gronie badaczy Hegla oraz przedstawicieli innych obszarów nauki był wykładający na Harvardzie Michael Sandel (Massachusetts i Balliol ’75). Isaacson nie jest jedynym wybitnym publicystą i pisarzem, którego uczył ten brytyjsko-polski profesor. Pełczyński był także przyjacielem sławnych oksfordzkich profesorów od Isaiaha Berlina i Leszka Kołakowskiego począwszy, a na J.R.R. Tolkienie skończywszy, zaś patronem jego projektów obywatelskich w Polsce i Europie Środkowej był miliarder George Soros. W 1992 roku królowa odznaczyła go Orderem Imperium Brytyjskiego za zasługi na rzecz współpracy angielsko-polskiej. W roku 1952 został obywatelem Wielkiej Brytanii, a kilka dekad później cieszył się już szacunkiem w obydwu krajach. Jak powiedział w 2005 roku ambasador Polski w Wielkiej Brytanii z okazji jego 80. urodzin: „Zbigniew Pełczyński jest w stu procentach Brytyjczykiem i w stu procentach Polakiem”.

W tym miejscu mogę wypowiedzieć się w imieniu mniej znanych studentów Pełczyńskiego: że nawet kiedy lista jego wybitnych studentów, podopiecznych i miłośników rosła, a on sam był coraz bardziej zajęty podejmowaniem wysiłków zmierzających do przywrócenia społeczeństwa obywatelskiego w liberalnej edukacji za żelazną kurtyną, zwłaszcza w Polsce, to w dalszym ciągu poświęcał czas i energię wielu studentom wysyłanym do Kolegium Pembroke oraz katedry polityki. Znam też kilku raczej mało znanych badaczy filozofii politycznej Hegla z całego świata, którzy szukali u Pełczyńskiego wsparcia i rady, a otrzymywali od niego wspaniałomyślne doradztwo. Czytelnicy American Oxonian mogliby z łatwością wymienić wielu wielkich profesorów Oksfordu oraz innych ośrodków akademickich, którzy zasługiwaliby na wspomnienie i wdzięczność, jednak David McAvoy słusznie dostrzegł niezwykłość życia i kariery Pełczyńskiego, stanowiących owoc wyjątkowego czasu w życiu Uniwersytetu Oksfordzkiego. Jego biografia dostarcza lekcji i pytań, które zwolennicy liberalnej edukacji powinni przemyśleć w tym niechętnym dla tej tradycji czasie.

McAvoy studiował pod okiem Pełczyńskiego w stosunkowo wczesnym okresie jego kariery, a prawie pięćdziesiąt lat później, w roku 2009, zdarzyło im się spotkać na zjeździe w Oksfordzie. Pełczyński był już na emeryturze i McAvoy zasugerował mu, że powinien spisać swoje wspomnienia. Emerytowany profesor powiedział, że jest zbyt zajęty – co było szczerą prawdą. Już na emeryturze, w latach 90., założył w Warszawie Szkołę Liderów, która powstała w celu umocnienia społeczeństwa obywatelskiego w Polsce oraz szerzej – w Europie Środkowej, w okresie przechodzenia od systemu totalitarnego do liberalnego. Zawsze pomysłowy nauczyciel zasugerował jednak, by jego student sam napisał pamiętnik za niego. McAvoy zgodził się – za co należą mu się wyrazy uznania – i tak powstała książka A Life Remembered, stanowiąca połączenie pamiętnika i biografii. McAvoy przeprowadzał ze swoim nauczycielem obszerne wywiady, zbierał też inne opinie i informacje, aby lepiej zrozumieć drogę, jaką przebył Pełczyński od nazistowskiego jeńca wojennego do znanego na całym świecie uczonego i obywatelskiego lidera. Poznajemy młodego polskiego działacza ruchu oporu, którego prawie zabili naziści w Powstaniu Warszawskim, a który później został uwolniony z obozu jenieckiego przez brytyjską armię i ukończył studia licencjackie, magisterskie i doktoranckie w Wielkiej Brytanii. Jego wytrwałość, odwaga oraz umiejętność opanowania języka angielskiego i niemieckiego w obcym systemie uniwersyteckim są wystarczająco imponujące. (Każdemu, kto kiedykolwiek studiował Hegla, należą się oczywiście dodatkowe punkty za wytrwałość). Uczony emigrant w końcu zostaje filarem katedry polityki w Oksfordzie, najpierw łącząc stanowiska badacza i wykładowcy od Kolegium Nuffield do Trinity, od Balliol do Merton, a następnie otrzymując stałą posadę profesora w Kolegium Pembroke. Jego studium na temat obywatelskich i liberalno-wspólnotowych wymiarów filozofii politycznej Hegla zdobyło międzynarodowe uznanie, dzięki ocaleniu Hegla od skutków potępienia go przez Karla Poppera jako wroga otwartego czy też liberalnego społeczeństwa i prekursora autorytaryzmu.

Co więcej, zarówno przed, jak i po zakończeniu oksfordzkiej kariery, Pełczyński podejmował bardzo wiele inicjatyw, mających na celu uczenie ludzi z Europy Środkowej ideałów autonomicznych rządów, liberalnej nauki i obywatelskiego obowiązku. Na własną rękę stworzył w 1982 roku program Oxford Colleges Hospitality Scheme, umożliwiający sprowadzanie polskich uczonych na krótkie pobyty do Oksfordu, przekonując wszystkie kolegia, aby zapewniały im zakwaterowanie, posiłki, kontakty z badaczami oraz dostęp do bibliotek. W latach 1982–1995 setki Polaków korzystały z krótko- i długoterminowych pobytów. Pełczyński przekonał George’a Sorosa do sfinansowania rozszerzenia wspomnianego programu na – można by rzec – pomniejszy, lecz w dalszym ciągu nadający się do tego celu uniwersytet na północ od Londynu [Cambridge] – również celem zapraszania naukowców ze Związku Radzieckiego, Węgier, Czechosłowacji i innych państw środkowoeuropejskich. McAvoy przytacza świadectwa ludzi, których kariery naukowe i życie obywatelskie uległy przemianom dzięki tym wizytom na uniwersytetach w Oksfordzie i Cambridge. Podczas jednego z wykładów w 1982 roku Pełczyński przewidział postkomunistyczną przyszłość Polski. Ilu uczonych i liderów politycznych we wczesnych latach 80. w Polsce i poza nią mogło mieć podobną wizję społeczeństw za żelazną kurtyną? Podobnie jak mało jeszcze wówczas znany polski kardynał, który w 1978 roku niespodziewanie został wybrany na Stolicę Piotrową, Pełczyński ośmielił się żywić nadzieję i planować przywrócenie wolności i godności ludzkiej. Obaj byli świadomi, że kontrrewolucja mogła wprawdzie rozwinąć się samoistnie, lecz będzie wymagała dalszych wzmożonych wysiłków zarówno w kraju, jak i za granicą, aby odnieść sukces.

Powinniśmy spojrzeć na osobiste, naukowe i obywatelskie osiągnięcia tego wielkiego europejskiego humanisty właśnie przez pryzmat refleksji McAvoya i Isaacsona i zastanowić się, czy szkolnictwo wyższe w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych będzie kontynuować tradycję liberalnej i liberalizującej edukacji, tak cenionej i propagowanej przez Pełczyńskiego. Samemu zainteresowanemu udało się zrozumieć ważny związek między intensywnym kształceniem studentów – zwłaszcza poprzez kursy skłaniające do myślenia w sposób otwarty i szeroki – a fundamentami obywatelskiego i politycznego przywództwa w wolnych społeczeństwach. W swojej dedykacji do książki Pełczyński zauważa, że Uniwersytet Oksfordzki jest sam w sobie zarówno instytucją „rozwoju intelektualnego”, jak i „akademią liderów”. Dbałość o życie umysłowe oraz o instytucje wspierające bardziej profesorów o szerokich horyzontach i otwartym umyśle, takich właśnie jak Pełczyński, aniżeli tych nastawionych wyłącznie na zdobywanie zawodu, to dla altruistycznych liderów oraz mężów stanu zajmujących się polityką niezbędne podstawy pośród złożoności i wyzwań technologicznych stojących przed wolnymi społeczeństwami XXI wieku, choć przez większość poprzedniego stulecia szkolnictwo wyższe skłaniało się raczej ku kształceniu zawodowemu, pragmatyzmowi i technicyzmowi. „Syreni śpiew” dający się słyszeć w ostatnim czasie kusi, aby uznawać za bardziej wartościowe te studia, które cechuje natychmiastowa użyteczność, technologiczny czar i krótkowzroczna polityka, aniżeli szersze i głębsze kursy z dziedziny humanistyki, nauk społecznych i nauk przyrodniczych. W oparciu o swoje dwudziestoletnie doświadczenie jako wykładowcy na akademii wojskowej, mogę powiedzieć, iż pożytek z takiego utylitarnego sposobu myślenia jest bardzo ograniczony. Można tu podać jeden, aczkolwiek dość istotny, przykład, a mianowicie, od czasu wojny w Wietnamie Stany Zjednoczone nie umiały sobie poradzić z konfliktami, bynajmniej nie z powodu braków w technologii, w systemach komunikacyjnych czy w umiejętnościach taktycznych w walce i dowodzeniu. Nie radziliśmy sobie z nimi, ponieważ zarówno cywilni, jak i wojskowi liderzy nie byli w stanie myśleć adaptacyjnie, twórczo i poważnie o stosunkach międzynarodowych oraz o wymiarze politycznym konfliktów zbrojnych, a także o ogromnej złożoności kultur i ludzkiej natury. Ten problem dotyka każdej dziedziny amerykańskiego życia ekonomicznego, politycznego i społecznego, w którym jesteśmy pochłonięci przez myślenie taktyczne i krótkoterminowe. Sądziliśmy, że takie podejście jest bardziej efektywne i bardziej naukowe aniżeli głębsze i ogólniejsze inwestowanie w formację intelektualną oraz kształtowanie charakteru moralnego. Tak mocno wierzymy w nowe dziedziny nauki, że ignorujemy rosnącą liczbę dowodów na ich porażkę. Liberalna edukacja w kolegiach czy na uniwersytetach, gdzie studiuje się przedmioty, którymi zajmował się Pełczyński, to znaczy myśl społeczną i polityczną w tradycji zachodniej i poza nią, łącząc najistotniejsze pytania stojące przed ludzkością i podstawy funkcjonowania polityki – to jedna z tych długoterminowych inwestycji. Amerykańscy absolwenci Oksfordu powinni zatroszczyć się o zachowanie tego szerszego spojrzenia zarówno w amerykańskim szkolnictwie wyższym, jak i na samym Oksfordzie.

To zaniepokojenie z powodu stałego obniżania się we współczesnym, technologicznym świecie wyższej niegdyś edukacji sięga co najmniej brytyjskiego matematyka i filozofa Alfreda Northa Whiteheada i jego Celów edukacji (1929). Bardziej współczesne głosy w amerykańskim środowisku akademickim z prawej i lewej strony – od Allana Blooma i Marthy Nussbaum do Anthony’ego Kronmana, a ostatnio także Andrew Delbanco – podjęły od nowa te argumenty, kierując je przeciwko powierzchowności, wąskiemu kształceniu zawodowemu i nowomodnemu stylowi braku liderów. Życie Pełczyńskiego pokazuje nam również, że oświecone i wysoko wykształcone społeczeństwa mogą w bardzo krótkim czasie zamienić się w barbarzyńskie. Cecil Rhodes był na tyle przenikliwy, że ostatnią swoją inwestycją uczynił model rezydencyjnej liberalnej edukacji, która służyłaby zarówno wyższemu kształceniu, jak i przygotowywaniu obywatelskich liderów do zajmowania się sprawami lokalnymi i światowymi. Ktokolwiek pracował w komisji kwalifikacyjnej stypendium Rhodesa, wie, jak trudno jest znaleźć u kandydatów takie cechy i przymioty, na których mu najbardziej zależało, a mianowicie, nie tylko „literackie i szkolne osiągnięcia”, ale także odwagę, oddanie obowiązkom, troskę o słabych, koleżeństwo, moralną siłę charakteru, instynkt przywódcy i poświęcenie dla obowiązku publicznego. W drugim wieku swego istnienia stypendium Rhodesa staje przed kolejnym wyzwaniem, jakim jest mniejsza skłonność szkolnictwa wyższego w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych do popierania takich programów studiów, które nie przekładają się na natychmiastowe efekty, za to dają nam nadzieję na zrozumienie znaczenia wszystkich wyżej wymienionych cech, a co za tym idzie, wyższych celów stypendium i sposobu dostosowania go do zmieniającego się świata. Jeżeli chodzi o to, co mogą zrobić w tej dziedzinie dyrektor i sekretarze krajowi – nie wspominając już o amerykańskich Oksfordczykach czy innych zwolennikach liberalnej edukacji i cnót obywatelskich na tradycyjny wzór oksfordzki – wielkim błędem byłoby nie pójść za przykładem Zbyszka Pełczyńskiego, by studiować, dyskutować i pisać o wielkich zagadnieniach; by zachęcać innych do robienia tego samego i w końcu prowadzić innych w ich praktycznych krokach zmierzających do rehabilitacji zagrożonych czy też tłumionych ideałów cywilizacyjnych.

Ponieważ Pełczyński był moim nauczycielem, a jego życie ucieleśnia ideał cywilizacyjny łączący w sobie humanistyczną naukę i kształcenie osobiste, powinienem zakończyć to bardziej osobistymi słowami uznania. Miałem okazję odwiedzić Zbyszka i jego żonę Denise kilka lat temu, nie widząc się z nimi od ponad dwóch dekad od powrotu z Oksfordu we wczesnych latach 90. Wróciłem do starego wiejskiego domu w wiosce Barton-on-the-Heath pośród wzgórz Cotswold (wzmiankowanej przez Szekspira w Poskromieniu złośnicy), do którego to domu, podobnie jak wielu studentów Zbyszka, byłem zapraszany, będąc studentem Oksfordu. Moja żona i ja naprawdę ciepło wspominamy wizytę w Barton jako nowożeńcy. Wtedy to poznaliśmy zdumiewające szczegóły dotyczące walki Zbyszka w polskim ruchu oporu i jego otarcia się o śmierć – opowiedział nam o tym emerytowany brytyjski pułkownik mieszkający w wiosce. Po tamtym czasie Susan i ja zaczęliśmy pracować na uczelni. Pełczyńscy dali nam przykład stałej dbałości i powrotu do tradycji, które wydawały się zagrożone lub nie na swoim miejscu pośród chaotycznych zmian, jakie dokonały się w XX wieku – oddane sobie małżeństwo, wspaniałe dzieci, odrestaurowany wiejski domek i ofiarna praca na rzecz średniowiecznej uczelni i intensywnego kształcenia młodego pokolenia uczniów i liderów. Zobaczyliśmy, jak odwdzięczają się za ludzką życzliwość, która im pomogła jako imigrantom w przetrwaniu traum lat 30. i 40. – odpłacając to w swojej rodzinie, wiosce, uczelni i dalej, w Wielkiej Brytanii i w Europie. Jako opiekun naukowy i profesjonalny mentor, Zbyszek pozostaje dla mnie wzorcowym teoretykiem politycznym oraz pedagogiem, tym bardziej wyjątkowym w czasach, kiedy środowisko akademickie ogólnie, a teoria polityczna szczególnie są podzielone na rywalizujące ze sobą szkoły i kasty. Jego listy lektur, rekomendowane wykłady, a także rozmowy prowadzone z nim były o wiele bardziej umiarkowane poglądowo i otwarte niż w przypadku jakichkolwiek innych znanych profesorów, których spotkałem w różnych krajach. Oksford sprawił, że ten sokratejski duch pozostał w dolinie Tamizy, kiedy naturalna potęga Wielkiej Brytanii malała, ale mimo to nadal pozostawała ona ostoją i schronieniem dla szkolnictwa wyższego. Jeżeli Oksford i inne ważne miejsca kształcenia mogą w dalszym ciągu rodzić i podtrzymywać takie duchy, to jest to bardzo doniosłe osiągnięcie, które będzie owocować przez dziesięciolecia. Jesteśmy winni wdzięczność Davidowi McAvoyowi za to, że pozwolił nam poznać, lub też przypomnieć sobie, właśnie te lekcje, poprzez przybliżenie nam życia Pełczyńskiego.