Edukacja w szerokim znaczeniu

“Koń „widzący inaczej” – Czy polski system edukacyjny odpowiada potrzebom kraju w kontekście przemian ostatniego piętnastolecia”, [w:] “Rzeczpospolita” 08.06.2005 r.

Zbigniew Pełczyński – założyciel Szkoły Liderów w Warszawie, były wieloletni wykładowca nauk politycznych w Oxfordzie

Sergiusz Trzeciak – doktorant i pracownik dydaktyczny London School of Economics

“Zapewne większość przedstawicieli polskich elit akademickich utożsamia pojęcie „edukacja” z procesem przekazywania wiedzy. Wąskie rozumienie tego terminu jest typowe dla krajów Europy kontynentalnej. W systemie anglosaskim edukacja postrzegana jest bardzo szeroko i wielopłaszczyznowo. Przekazywanie wiedzy ma tam rangę drugorzędną w stosunku do rozwijania umiejętności, kształtowania postaw i przekazywania wartości. Elementy te są szczególnie istotne w naukach humanistycznych i społecznych, które w niewielkim stopniu przygotowują studentów do wykonywania określonego zawodu. Stawiają sobie raczej za cel ogólny ich rozwój, tak by jako absolwenci mogli wykonywać różne zawody – biznesowe, administracyjne czy akademickie.

System anglosaski zakłada, że proces przekazywania wiedzy powinien być równocześnie treningiem intelektualnym przygotowującym do dalszych wyzwań akademickich i zawodowych. W przekazywaniu i weryfikacji wiedzy nauczyciel akademicki wykorzystuje wiele technik, kładąc nacisk przede wszystkim na samodzielność studenta. Trening pamięci nie jest tak ważny jak umiejętność analizowania nowych informacji i stosowania ich w praktyce.

Celem jest zintensyfikowanie wysiłku intelektualnego studenta. Dla przykładu, w systemie amerykańskim na open book exams ( „egzamin z otwartą książką”) student może korzystać z różnych źródeł. Pozytywną ocenę może jednak uzyskać ten, kto rozumie przekazaną wiedzę na tyle, by móc rozwiązać zadanie problemowe. Student, który potrafi wyłącznie odtworzyć treść książki czy wykładu, skazany jest na przegraną.

Najbardziej rozwiniętym programem indywidualnej opieki naukowej jest tzw. Tutorial, będący podstawą studiów w Oxfordzie i Cambridge. Student konsultuje napisaną przez siebie pracę z opiekunem naukowym. Tutor, oceniając esej, w pierwszej kolejności kieruje się tym, czy student wykazał się dostateczną zdolnością analizy materiału oraz jego interpretacją.

Posiadanie wiedzy jest zatem warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym. Liczy się rozwiązanie problemu zawartego w temacie oraz obrona własnego punktu widzenia, a nie prezentacja faktów. Poza bezpośrednim kontaktem z opiekunem ważną rolę odgrywają spotkania seminaryjne. Wystąpienia publiczne wyrabiają zdolność artykułowania myśli oraz komunikowania się w grupie, uczą konstruktywnej krytyki oraz odwagi jej przyjmowania.

Wiedza i umiejętności to jeszcze nie wszystko. Anglosaski system edukacyjny oparty jest na takich wartościach jak uczciwość, rzetelność i szacunek. Nieuczciwością jest bezprawne korzystanie z cudzej własności intelektualnej, począwszy od ściągania na egzaminach, a na powielaniu prac naukowych kończąc. Brak rzetelności przejawia się z kolei nieznajomością własnych praw oraz niewywiązywaniem się z obowiązków. Dotyczy to zarówno nauczycieli, jak i studentów.

Surowo oceniane jest przekraczanie wyznaczonych terminów składania prac przez studentów i ich sprawdzenia przez wykładowcę. W Wielkiej Brytanii czy USA studenci nie są zastraszani. Nie boją się interweniować, gdy ich prawa są łamane. Etos relacji uniwersyteckich przekłada się później na etykę zawodową i obywatelską.

Dzięki zajęciom pozanaukowym, tzw. Extra – curricular activities, studenci nabywają umiejętności społecznych i obywatelskich. Z aprobatą spotyka się działalność w samorządach i organizacjach studenckich. O randze uniwersytetu decyduje liczba działających w jego murach stowarzyszeń, klubów i inicjatyw. Na tych najlepszych są ich setki. Koła naukowe, koła zainteresowań (od miłośników teatru do koneserów Whisky), organizacje sportowe, charytatywne, religijne i etniczne. Na Uniwersytecie w Oxfordzie wśród 11,5 tys. Słuchaczy studiów licencjackich 4,7 tys. To liderzy różnych organizacji.

Student jest świadomy, że dobre wyniki w nauce nie wystarczą, by zdobyć w przyszłości kierowniczą posadę.

Uniwersytety są kuźnią przyszłych liderów, bo udział w inicjatywach społecznych wymaga pomysłowości, przedsiębiorczości, umiejętności zarządzania i organizacji oraz pracy w zespole.

Poprzez zaangażowanie w działalność społeczną studenci nawiązują także trwałe i prawdziwe przyjaźnie, które sprzyjają tworzeniu wspólnej tożsamości. Hołdowanie tym samym wartościom oraz sentyment do uczelni łączą ich na długo. Stąd silna pozycja elit Oxbridge w służbie państwowej i dyplomacji czy absolwentów London School of Economics – w finansach i polityce. (…).”

Tłumaczenie ‘The Warsaw Uprising’ [Powstanie Warszawskie]

Lipiec 1944 był gorącym miesiącem w Warszawie, ale niewiele osób zwracało uwagę na pogodę. Z fascynacją i przyjemnością obserwowaliśmy widoczne znaki niemieckiego odwrotu przed armią sowiecką. Długie kolumny żołnierzy przechodziły przez miasto w dzień i w nocy. Słyszeliśmy wyraźnie dźwięk ciężkiej artylerii od wschodu, po drugiej stronie Wisły. Sowieckie samoloty czasem przelatywały nad miastem. Niemcy byli w nerwowym, złym nastroju, węsząc wszędzie sabotaż.

Podziemna Armia Krajowa licząca około 30 000 osób była mobilizowana do jakiejś akcji. Chłopcy z obecnej armii, ja i przyjaciele, którzy wstąpili do AK poprzedniego roku utworzyliśmy kompanię siedemnasto- i osiemnastolatków. Nasze motywy były proste: pragnęliśmy okazać działaniem naszą nienawiść do Niemców, nie chcieliśmy siedzieć i czekać aż nas oswobodzą Rosjanie. Wielu z nas oburzał fakt, że komunistyczny „rząd cieniów” został właśnie ustanowiony odgórnie w Lublinie, za rosyjską linią frontu. Uważaliśmy, że polski rząd na wygnaniu w Londynie jest praworządny i byliśmy gotowi okazać mu naszą lojalność.

W końcu lipca zdaliśmy sobie sprawę, że powstanie jest o krok. Pierwszego sierpnia około południa przyszła wiadomość: „Zaczyna się po południu”. Pobiegłem do domu, aby coś zjeść i zmienić ubranie. Moi rodzice, wiedząc że jestem w AK czuli, że coś się szykuje. Przed wyjściem pocałowałem matkę i to mnie niemal wydało. Spojrzała na mnie ostro i zapytała z niepokojem: „Wrócisz dziś wieczorem, jak zwykle, nieprawdaż?”. Udzielając odpowiedzi skłamałem, ale byłem pewny, że rozstajemy się tylko na parę dni. De facto spotkałem się znów z rodziną dopiero po przeszło 12 latach.

Wskoczyłem do przepełnionego tramwaju jadącego na Mokotów, dzielnicy na południu Warszawy, do domu, gdzie nasza jednostka zbierała się. Stałem na tylnej platformie tuż obok dwóch SS-manów, przestraszony świadomością moich wypchanych kieszeni. Dostałem sześć brytyjskich granatów do przewiezienia i po prostu włożyłem je do dwóch kieszeni marynarki. Wysiadłem na tym samym przystanku co Niemcy, którzy zmierzali do dużego budynku, niegdyś średniej szkoły, obecnie silnie strzeżonych i obwarowanych koszar. Moim miejscem przeznaczenia był natomiast niewielki prywatny dom znajdujący się nie więcej niż blok lub dwa od koszar.

Mój pluton był tam już w pełnym składzie. Kazano mi położyć się na podłodze obok innych i zachowywać się cicho i spokojnie. Było to parę minut po drugiej. Minęła godzina, dwie. Gdzieś w dali rozległy się strzały, potem broń maszynowa. Wciąż czekaliśmy. Wpół do czwartej, piąta; ktoś zapukał do drzwi. Dowódca plutonu zjawił się i powiedział: „Na to czekaliśmy chłopcy. Wstawajcie”. Wyszliśmy do niewielkiego parku przed domem (był to park Dreszera). Nasz dowódca wyjął pistolet i włożył go sobie za skórzany pas, który nosił na marynarce. Był to wspaniały, symboliczny gest; oznaczał, że wynurzaliśmy się z podziemia i z konspirantów stawaliśmy się powstańcami. Ale gdzie była nasza broń? Ładna młoda blondynka przyniosła pęk biało-czerwonych opasek, które kazano nam nałożyć. Według jakiejś konwencji międzynarodowej rzekomo dawały nam one status żołnierzy stawiały nas pod ochroną reguł wojny. W rzeczywistości rozdrażnieni Niemcy nie zwracali najmniejszej uwagi na opaski i rozstrzeliwali wszystkich jeńców traktując ich jako „bandytów”. Dopiero znacznie później, gdy Brytyjczycy zagrozili sankcjami w formie odwetu Wehrmacht zmienił swe zachowanie. Ale nie SS – w dalszym ciągu uważali, że mają prawo zabijania jeńców.

Kiedy czekaliśmy na broń park zapełnił się młodymi ludźmi z innych plutonów naszej kompanii. W końcu nadjechała taksówka z biało-czerwoną flagą na masce samochodu i wyładowano różną broń. Nasza chciwość zamieniła się w rozczarowanie, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że ma być podzielona między trzy plutony. Nasz przydział to był jeden pistolet maszynowy i pięć karabinów plus amunicja i parę granatów (butelek z benzyną – tzw. „koktajl Mołotowa”), co wystarczyło na uzbrojenie połowy ludzi. Dla reszty ta pierwsza noc była strasznym rozczarowaniem – nie mieli nic do robienia.

Szczęśliwa połowa kompanii wkrótce poszła do akcji przeciwko ufortyfikowanym koszarom. Dwa czy trzy razy Polacy próbowali natarcia, ale zostali odparci przez ciężki niemiecki ogień. O świcie nasze jednostki wycofały się i zaczęły przygotowywać się do niemieckiego kontrataku. Było to rozczarowaniem, ale wiadomości z innych sektorów Mokotowa i reszty Warszawy były bardziej zachęcające do walki. Duża część miasta została oczyszczona z nieprzyjaciela. Następnym krokiem było połączenie wszystkich sił powstańczych ze sobą. Niemcy starali się nie dopuścić do tego poprzez utrzymanie w swych rękach kluczowych budynków i ulic dopóki nie nadejdą posiłki.

Pierwszymi ofiarami powstania byli cywilni Polacy pozostawieni za niemieckimi liniami. Byli wypędzeni z domów, ograbiani. Mężczyźni, szczególnie młodzi, byli setkami poddawani egzekucjom. Niesamowite okrucieństwa działy się tylko kilkaset metrów od naszych pozycji. Niedaleko nas (na ulicy Rakowieckiej) znajdował się dom ojców Jezuitów, dobrze znanych podczas okupacji ze swych kazań o politycznym i patriotycznym wydźwięku. Został otoczony przez SS-manów, którzy spędzili wszystkich do piwnicy i zmasakrowali ogniem z karabinów maszynowych.

Po naszej stronie mężczyźni i kobiety, którzy przedtem nie byli w podziemiu, przyłączali się, a młodzi chłopcy mający nie więcej niż dwanaście, trzynaście lat błagali, aby ich wziąć na kurierów lub ordynansów. Jednym z ich zadań było dostarczanie listów z jednej dzielnicy do drugiej poprzez kanały. Armia Krajowa wydała nawet własne znaczki podczas powstania. Była to jedna z rzeczy, która stwarzała iluzję niepodległości. My delektowaliśmy się tą wizją. Afisze z patriotycznymi apelami oraz nakazy władz wojskowych i cywilnych pojawiały się jak grzyby po deszczu. Dzienniki i periodyki zaczęły wychodzić regularnie, a stacja radiowa kontrolowana przez powstańców zaczęła emitować audycje. Polskie flagi i orły zastąpiły niemieckie flagi i swastyki. Ulice i place wróciły do swych starych nazw, zaś napisy w języku niemieckim były zamalowywane.

Niemal zaczynaliśmy zapominać o koszmarze okupacji, a nawet samo powstanie przesunęło się na drugi plan. Pamiętam, że po tygodniu na linii frontu mój pluton został zwolniony i wysłany na krótki odpoczynek. Zakwaterowano nas w dużej pustej willi, której zamożni właściciele prawdopodobnie byli na wsi na wczasach. Znaleźliśmy jedzenie, trunki, papierosy i wspaniałą bibliotekę. Właśnie tam odkryłem powieści P.G. Wodehouse’a w polskim tłumaczeniu. Zacząłem od „Leave it to Psmith”, którą przeczytałem galopem. Znalazłem drugą powieść, przeczytałem ją i zacząłem trzecią, kiedy wezwano nas na front. Nie mogę wyjaśnić tej całkowitej absorpcji w świecie ubogich młodych mężczyzn, bogatych ekscentrycznych arystokratów i dyskretnych lokajów, tak kompletnie innego od mego życia. Powieści utkwiły mi w pamięci. Przez półtora roku, zanim przyjechałem tutaj, był to jedyny obraz Anglii w mej wyobraźni. Wracałem do willi, aby pożyczać dalsze książki, do chwili, kiedy pewnego dnia okazało się, że willa znikła z powierzchni ziemi uderzona niemiecką bombą.

Bombardowanie stało się bardzo uciążliwe w drugiej połowie sierpnia. Było to dzieło trzech samolotów bombowych, tzw. nurkowców. Startowały rano z lotniska w pobliżu Mokotowa, pozbywały się swego ładunku, brały nowy zapas bomb i wracały pół godziny później z nieubłaganą regularnością przez niemal 12 godzin dziennie. Nie mieliśmy żadnej obrony przeciw nim. Szukało się gdzieś schronu, gdy „stukasy” pojawiały się, ufano szczęściu. Pewnym popołudniem szedłem do pobliskiego szpitala w poszukiwaniu młodszego brata, który gdzieś zaginął. Trzy znajome samoloty pojawiły się nad dzielnicą, pobiegłem więc do piwnicy sporego, solidnie wyglądającego domu, gdzie wiele innych osób – wśród nich dużo kobiet i dzieci – schroniło się. Najpierw usłyszałem ryk nurkującego silnika, potem był moment ciszy, a następnie druzgot walących się murów. Znaleźliśmy się pod trzema piętrami gruzu. Od śmierci uratowały mnie dwie grube belki, które utworzyły osłonę przed spadającymi elementami budynku. Ratownicza drużyna wykopała mnie po trzech godzinach, ale niewiele innych osób przeżyło. Zabrano mnie do zaimprowizowanego szpitala, tzw. lazaretu, w piwnicy innego domu i zatrzymano na około dwa tygodnie.

Kiedy powróciłem do swej jednostki, znalazłem ją w zupełnie innym nastroju. Niemcom udało się przerzucić część czołgów i oddziałów z frontów rosyjskich, które zaczęły silnie naciskać na nas. Nadzieje na dużą pomoc zachodnią z powietrza znikły. Było sporo nocnych zrzutów broni i amunicji dokonywanych przez alianckie samoloty z baz we Włoszech, jeden duży amerykański zrzut dzienny, z których niestety Niemcy skorzystali więcej niż my. Zaczęto mówić o kapitulacji i podobno zaczęły się jakieś próby negocjacji. Nagle 11 września armia sowiecka dotarła na obrzeże Warszawy i zajęła dzielnice leżące na wschód od Wisły. Nasze nadzieje znów odżyły. Pomoc Rosjan wydawała się niemal pewna. Ludzie wyszli na ulice w przystępie radości. Przez parę dni mosty po polskiej stronie były bronione, aby pomóc Rosjanom przeprawić się. Niestety, po ogromnych stratach, wąskie polskie przyczółki trzeba było porzucić. Wyglądało na to, że Rosjanie nie byli zainteresowani uratowaniem powstania przed klęską i to – o czym zdałem sobie sprawę później – było prawdą. Dla wielu naszych liderów powstanie było czysto politycznym przedsięwzięciem. Mieli nadzieję, że uzyskawszy kontrolę nad Warszawą zrobią wrażenie na społeczeństwie swoją siłą i zmuszą Rosjan do negocjacji z polskim rządem na wygnaniu w Londynie. Nic zatem dziwnego, że Rosjanom było wygodnie, aby Niemcy nas zniszczyli.

Jedna dzielnica po drugiej wpadała w ręce Niemców. Po bombardowaniu następował ostrzał z ciężkiej artylerii. Moździerze i co gorsza rakiety zrywały ściany całych domów. Piwnice przepełniły się rannymi, kobietami i dziećmi. Zaczęło brakować wody i trzeba było ją racjonować. Chleb, mięso i tłuszcze znikły i wkrótce nasz dzienny posiłek zmniejszył się do jednej miseczki niesmacznego kleiku. Mogliśmy zdobyć jedynie grabieżą świeże jarzyny z ogródków działkowych w ziemi niczyjej organizując zbrojne patrole nocne. Ryzykowało się życiem za worek ziemniaków, pomidorów czy fasoli. Głód zmuszał ludzi do jedzenia koni, psów i kotów. W końcu Niemcy pozwolili cywilom opuścić Warszawę przez ich linie i wielu z tego skorzystało.

Pod koniec września Niemcy zaczęli swój atak na Mokotów. W niedzielę rano lawina bomb, pocisków i rakiet spadła na dzielnicę. Ten proces zmiękczania trwał cały dzień. Kiedy zapadła noc, Niemcy ruszyli do akcji. Tej samej nocy moja kompania została skierowana na tyły, aby wzmocnić naszą obronę. Byliśmy tam dwie noce i dzień, desperacko broniąc jeden dom po drugim, lecz Niemcy wciąż nas wypierali. W tym krótkim czasie połowa naszych ludzi została zabita lub ciężko raniona. Utrzymywaliśmy mniej niż kwadratową milę Mokotowa, otoczeni czołgami i wojskowymi jednostkami. Nie byliśmy w stanie wytrzymać więcej niż parę godzin. Nasze jednostki miały być zatem ewakuowane, począwszy od tej nocy, kanałami do ostatniej śródmiejskiej części dzielnicy będącej w rękach polskich.

Następnych dwanaście godzin było dla mnie największym horrorem w okresie powstania. Ci którzy oglądali polski film „Kanał” mogą wyobrazić sobie co to było. Przed świtem znalazłem się w długim ogonku żołnierzy wchodzących do włazu, który był wejściem do kanału. Ktoś dał mi niemiecki pistolet maszynowy do niesienia, dwadzieścia naboi i dwie butelki wódki. Kolejka ruszała się naprzód strasznie powoli i stojąc w niej cierpieliśmy męczarnie. W końcu, po trzech godzinach, przyszedł czas na nas. Po zejściu na dół czołgaliśmy się niskim tunelem do głównego kanału, który miał może dziesięć stóp wysokości i pięć szerokości. Tam była druga kolejka. W ciemności i ciszy, z ręką na ramieniu człowieka przed nami, po kolana w śmierdzącej, zamulonej cieczy brodziliśmy powoli naprzód starając się nie chlapać lub pośliznąć. Od czasu do czasu słyszeliśmy czołgi toczące się nad nami i fragmenty niemieckich rozmów. Nagle po linii przebiegła błyskawiczna wiadomość: „Nie ma przejścia, wszystko zablokowane przez Niemców”. Nastąpił chaos, gdyż ludzie będący przed nami zaczęli zawracać, podczas gdy ci z tyłu pchali się naprzód głusi na ostrzeżenia. Nagle w powietrzu nastąpił wybuch i poczuliśmy silny smród, który wywołał panikę. Szeregi połamały się, jednostki rozdzieliły, a ranni zaczęli upadać. Podniósł się wrzask i krzyki: „Topią nas! Gaz! Czy czujecie gaz? Wracać do Mokotowa!”.

Mnie i dwojgu przyjaciołom – wszystko co pozostało z naszej jednostki – udało się przepchnąć z powrotem. Za nami nastąpiła kolejna eksplozja, a potem trzecia, jeszcze bliżej. Niemcy zdali sobie sprawę, że kanał był pełen ludzi. Przylgnęliśmy do lepkiej, gładkiej, zaokrąglonej ściany kanału. Minęły sekundy, potem minuty. Nic się nie działo. Nasze nerwy nie wytrzymały dłużej napięcia. Porzuciliśmy wszystką broń i ruszyliśmy do najbliższego włazu. Ktoś wspiął się w górę i krzyknął łamanym niemieckim: „Deutsche Soldaten! Nicht schiessen! Hier Polnische Kamaraden!”. Niemcy ryknęli śmiechem i krzyknęli: „Raus!”. Klapa włazu podniosła się i jeden po drugim nasza mała grupa wynurzyła się, oślepiona słońcem. Żołnierze, dzięki Bogu, byli z Wehrmachtu. Zrewidowano nas, zabrano zegarki i pieniądze i odmaszerowano pod strażą w okolicę tego samego małego parku, gdzie zebraliśmy się 1 sierpnia.

Centrum skapitulowało parę dni później i 5 października reszta powstańców zaczęła niewolę. Przyłączyli się oni do nas w przejściowym obozie blisko Warszawy, skąd w zatłoczonych wagonach towarowych rozesłano nas do obozów jenieckich po całych Niemczech. Pozostali cywile zostali zmuszeni do opuszczenia Warszawy lub trafiali do obozów; niektórzy skończyli w Auschwitz lub innym obozie koncentracyjnym. Warszawa stała się miastem-widmem, całkiem wyludniona, za wyjątkiem niemieckich jednostek saperskich, które w zwykły niemiecki systematyczny sposób zabrały się do wysadzania wszystkich stojących jeszcze budynków. Zanim skończyli, ich pracę przerwała masywna ofensywa sowiecka 11 stycznia 1945 roku. Tego samego dnia Armia Czerwona zajęła Warszawę. Nie było wiwatów, kwiatów i wyrazów wdzięczności dla zwycięzców, nie było kogo wyzwalać. Pozostały tylko ruiny i trochę opustoszałych budynków.

ZBYGNIEW PELCZYNSKI: A Life Remembered, by David McAvoy (1959)

From E-Learning V

Fig.1 Front Cover: The young Hegel scholar giving a tutorial in his rooms at Pembroke College, Oxford

A Review

Pembroke has had more than its fair share of remarkable dons. It was during his time at the College that J. R. R. Tolkien wrote The Hobbit and the first two volumes of The Lord of the Rings. Sir Robert Mackintosh saved the lives of countless servicemen during the Second World War by his hazardous experiments to test life jackets and other equipment. Sir George Pickering’s work on high blood pressure was ground-breaking. Robert Baldick, the flamboyant, prolific and bearded fellow in French was the celebrated editor of the Penguin Classics series, was in his mid-forties and at the height of his powers when he died in his mid-forties in 1972. Robert Heuston became one of Britain’s most influential and innovative constitutional lawyers. Simon Blackburn went on from his fellowship at Pembroke to become the country’s most famous philosopher, while Piers Mackesy’s historical writings became a model for the study of guerilla warfare.

Among this distinguished gallery, Zbygniew (“Zbyszek”, “Zbig”,” ZAP”) Pelczynski is undoubtedly one of the outstanding and most loved Pembroke fellows of the last century. From the 1950s to the early 1990s he was first a lecturer then a fellow in politics. Yet, this long period of service was neither the beginning nor the end of his career. Since his retirement nearly twenty years ago, he has remained as least as active as before in advising Polish governments and in training young leaders of his native country following the fall of Communism. His work continues as he commutes tirelessly between Barton-on-the-Heath near Oxford and Warsaw.

Inevitably, Zbyszek was something of a mystery to colleagues in light of his early history as a child in Poland, as a fighter in the abortive Warsaw uprising of 1944 and as a prisoner of the Nazis. He stood out in the College not only for his devotion to his students but for his sense of style, which extended to the fashionable modernism of the furniture and artwork in his rooms.

Thanks to David McAvoy, one of Zbyszek’s earliest students at Pembroke, we now have a rounded, very well-written account of his long life. It will be of exceptional interest not only to his pupils and colleagues but to newer generations of Pembrokians to whom the Soviet Union and its grip over Central and Eastern Europe, thankfully, are things of the past.

It is worth noting that it was an innovation of the current Master, Giles Henderson, that led to the author to undertake this ambitious but thoroughly successful work. One of the annual meetings at which the College financial accounts and developments are presented to old members was the occasion when the author started talking with his former tutor and the idea of a biography germinated. The two of them had unusually frank and personal discussions, consulted a considerable number of people who had played parts in Zbyszek’s life and even visited Warsaw together to see the sites where he had narrowly survived during the uprising.

Though the author is at pains to explain that his book is not a conventional biography but rather a collection of reminiscences of his subject, it succeeds in telling an unusual story which will fascinate Pembrokians and Zbyszek’s many admirers in Poland. It has a far wider relevance as the story of a man who was fated to experience the sufferings of Hitlerism, to be exiled from his country by the excesses of Stalinism and who nevertheless exemplified hope, moderation, and tolerance, and who taught the theory and practice of the “civil society”.

While the book was being prepared Zbyszek obviously spoke with notable frankness about topics that are normally passed over. Not only does the Zbygniew Pelczynski: A Life Remembered tell of the subject’s change from active Catholicism to being a non-believer, we learn of the secrets of his sexual development, of his parents’ shortcomings, of initial criticism of his academic capacities by one of his main mentors, of his tax affairs and of aspects of his mental health.

Evidently not all secrets can be revealed in this biography. Perhaps we will never hear the full story about the contest for the Mastership of Pembroke in 1975. This took place when Zbyszek was Vicegerent. In this capacity, he presided over proceedings which led to the final selection of a Master in preference to his own favoured candidate. Little is revealed to the reader apart from the disillusion which Zbyszek felt with the College until Sir Roger Bannister became Master. So, for what it is worth, let the story, as mysterious as The Thirty Nine Steps or The son of The Thirty Nine Steps, continue to be shrouded in darkness and the name of the defeated candidate remain concealed.

As the photograph on the cover of the book well shows, Zbyszek was (and remains) strikingly handsome. Good looks combined with exceptional charm and a talent for friendship. This was to stand him in good stead when he came to Oxford from St Andrews University as a post-graduate student in 1949. It was with his Nuffield College friend David (now Sir David) Butler that he went to a British Broadcasting Corporation party where he met his future wife Denise Cremona. When he rented a country cottage in Berkshire to escape the social attractions of Oxford and to write his doctoral thesis, he found himself a regular invitee of the owner of Compton Beauchamp House, the local Tudor manor. He was even introduced to the equestrian pursuits of the gentry.

Yet, his easy integration into Oxford and into British country life concealed considerable inner turmoil and uncertainty, which were hardly surprising in view of his exceptionally difficult experiences of growing up under Nazi occupation in Poland (well told, though briefly in the book). For over a decade, he did not visit Poland. Only after the death of Stalin and the political thaw in Russia which became evident with the leaking of the secret speech given in 1956 by Communist Party Secretary Nikita Kruschev to the Twentieth Party Congress was there change within Poland sufficient to permit Zbyszek to visit his family and his old friends there.

The 1950s not only was the time when Zbyszek was becoming a part of Oxford life, the decade also was at the height of the Cold War when Western individualism and liberalism was being pitted against Soviet totalitarianism. Instinctively, Zbyszek did not feel comfortable with the rhetoric that posited such an extreme contrast between two opposing types of society. When he revisited Poland in the late 1950s, he saw a country which, though restricted and undemocratic, could not realistically be described as “totalitarian”. Moreover, the individualistic philosophies of Sir Karl Popper (a particular bete noire of his) and even of his friend Sir Isaiah Berlin ignored the communitarian features of a good society. Zbyszek was ahead of his time in taking this position. Until his McCallum Lecture of 1982, he was reluctant to set out his social philosophy in his publications and public utterances.

During his his twenty years at the College, such caution meant that he fell short of becoming a famous public intellectual like Berlin. But the gainers were his students with whom he had inspiring discussions. Later, Zbyszek was to become an important political actor during the period of marshall law in Poland in the 1980s and after the fall of the Communist regime. He showed the same devotion to scholars and young political leaders in Poland and in other parts of Central and Eastern Europe that he has always shown to his charges at Pembroke.

The book shows that Poland, though his primary overseas passion, was by no means his only interest. There are accounts of his enthusiasms for Israel, Australia and for some aspects of the United States.

This is a full and varied account of an inspiring life which is still in full flow.

Michael Pinto-Duschinsky (1961)

Fig. 2 Taking a tutorial – Pembroke College

‘THREE TIMES LUCKY’ –A STORY OF SURVIVAL DURING THE WARSAW RISING

by Zbigniew Pelczynski

I have just turned  83 and am living quietly in a small, pleasant Cotswolds village with my wife and grown-up son. I am a retired Oxford don, a former college fellow and politics tutor, and ostensibly my life is much the same as that of other elderly retirees who surround me.. But things were very different indeed some six decades earlier when as a youth I lived in my native Poland under the rule of Nazi Germany.

This story is a story of survival – in fact at least a triple survival – in the course of 6 weeks during August and September 1944. Its  location was a leafy southern suburb of Warsaw called Mokotow , where as a soldier of the wartime underground :”Home Army” I found myself fighting the seasoned German army occupying the city.  Together with some 30,000 other conspirators we were ordered on 1 August, by the high command of our “Army”, to launch a surprise attack  against the Germans  in the hope (futile, as it turned out) of forestalling the arrival of the Soviet Army approaching the city from the east. My ”regiment” was called Baszta , my “company” B1, and my fellow-combatants were mostly the same age as I – around 20. We had had a most elementary military training, conducted  mostly in private flats in Warsaw, during the previous eight months, and though I learnt e.g. how to take a rifle apart and put it together again  with my eyes shut I had not actually fired a single shot.

Although poorly armed the Polish forces succeeded in clearing a. large part of Mokotow of the Germans, but the victory was limited. They withdrew to their fortified barracks and easily repelled all further attacks .while being  reluctant to counterattack themselves. They expected fierce resistance, and probably heavy casualties, although our  improvised defence positions were just private houses which the civilians had been  made to abandon. So instead the German command resorted in Mokotow and often elsewhere to rather safer, so to speak long-arm,  methods of crushing the uprising: aerial bombing and artillery shelling. This knocked out quite a few insurgents, but did what in today’s language  is  euphemistically called  heavy “collateral damage” – destroying vast numbers of houses and killing probably ten times as many  civilians  as  insurgents. (Estimates of overall deaths vary between 150,000 and 250,000.)

The  date of my first narrow escape from death, recorded by a friend who kept a sketchy diary of the rising, was 10 August, the day the bombing of Mokotow  began. It was usually the work of just three dive- bombers, so-called “Stukas”, operating from a nearby airport at regular intervals, and against whom we  had no defence. On that day I got leave from my unit to visit a large hospital, filled with wounded civilians and insurgents (soon to be bombed out of existence). where allegedly my younger brother, separated earlier from our unit, had been seen. Noticing  a “Stuka” flying in my direction I took shelter in the basement of the nearest house  – a two-storey solid-looking. small apartment block. The basement was divided,  on both sides of a central corridor, into lock-up cellars. Descending to the basement from the street I unthinkingly chose the left arm of the corridor. There was almost total darkness, but one could sense from the pressure and  whispers of people around one that the basement was packed.

Soon the droning of the bomber got louder, followed by a few seconds of a characteristic whistling or whining sound, then by a second of ominous silence, and WHAM!!! – the bang and shock of explosion and of collapsing masonry. An entire half of the building, just where I was sheltering, crashed down. I found myself  trapped under the  fallen wreckage, completely immobilised by the rubble, yet feeling virtually no pain. All around me people were retching, moaning or screaming in agony, but all I felt was my mouth and nose clogging up with fine brick dust. After a while it was all still and silent like a tomb, and indeed I was convinced  my end  had arrived.  It was not instantaneous, though. I continued to breathe, but as air was becoming increasingly scarce so breathing became more and more difficult. I was  panting, but just inhaling more dust. Eventually I lost consciousness, thinking as I was dropping off, that this must be death.

I was wrong. Some two hours  later I woke up hearing at first faint, and  then  increasingly louder,  hammering noises. I realised a search party was looking for survivors. I began shouting to guide them towards me, and though my voice must have been very feeble, they heard me. One final bang, and they got through. A beam of light raptured  the  darkness and lit up my dusty head, sticking out from the rubble. Then various hands and arms were clearing away the debris around me and gently pulling me out. Next to me, on my right, they uncovered the head of a woman smashed by masonry. I lifted my eyes  and in the dim light saw what had happened. By sheer chance I had chosen to stand in a spot directly under an enormous beam that spanned the bottom the building. When the building collapsed  it cracked in the middle and formed a kind of “V” letter, but did not break. The beam saved my life. The falling masonry, even the biggest chunks, just bounced off it. Only some  rather small pieces managed to hit me, and injure my left wrist. When I got to the surface, saw the sun and the blue sky, I cried like a baby. For the first (and last) time in life  I had a palpable, physical, intense feeling of BEING ALIVE.

After less than a week I was released from an improvised basement “hospital” and rejoined B1 company. The only effect of the accident, beside  the wobbly wrist, was a traumatic fear of planes which lasted to the end of the rising. Their noise, as it was getting nearer, turned me  temporarily into a nervous  wreck and almost overwhelmed  me with an urge to hide somewhere, anywhere.  Otherwise nothing distinguished me from my fellow-insurgents, and I went about my soldierly business as if nothing had happened.

Perhaps this was one of the  reasons why I was promoted lance-corporal a few weeks later and promptly put in charge of a small night patrol of three men.  I felt proud, especially because as a commander I was able to exchange my old Polish army rifle for a brand-new British “Sten” submachine gun, somehow delivered by the SOE to the Polish resistance before the rising. My orders were to reconnoitre  a part of a large allotment field (a prewar race course) which stretched from ours to the Germans’ positions. This no-man’s land was quiet in daytime, but  came alive at night  when Polish and German patrols scoured the area. Our usual patrol “operation base” was a tiny building, practically one large room, which had served as a shelter for people guarding the allotments. We jokingly called it  “gardener’s cottage”. It was completely gutted, roofless and empty except for a macabre pair of burned skeletons lying on an iron bed-stead. They were the occupants whom an SS-unit from the neighbouring barracks disposed of together with their shelter after the rising broke out.  The patrol was a routine matter. One tried to get the “gardener’s cottage” as quietly as possible and from there, slowly and  cautiously, probed the land nearer the barracks.

This time, no sooner had we reached the “cottage” and I positioned my men at what was left of the door and windows, we became aware that the enemy was extremely near. First, we noticed the glow of two or three cigarettes close to the ground. Then the glow lifted, whispering  could be clearly heard, followed by slow but quite loud steps advancing towards us. I signaled to the patrol to get their rifles ready and pointed my “Sten” towards the sound. And then… there was a slightly muffled explosion, flash of light, screams of pain, loud German voices and the noise of several jackboots running away. I guessed that one of the soldiers, getting ready to throw a grenade into the “cottage”, must have accidentally pulled on the ringed  string inside the handle of his  grenade and blown up himself, and possibly  some others. It was another miracle. Had the grenade landed where it was meant to, our small group would have been wiped out or at least terribly injured, leaving it to the attackers to finish us off with individual shots. The friend who kept the diary, and took part in the patrol, recorded the exact date of the incident: 12 September.

As the month advanced it  became obvious that the days of our short-lived liberation were drawing to an end. On Sunday, 24 September, about 11 a.m., the Germans let loose an avalanche of bombs, artillery shells and dreaded rocket-fired mortars, which we called “baying cows”, and which could rip a whole building apart. Under cover of darkness a fierce attack by tanks and  heavily armed  infantry, from three sides of Mokotow at once, began. Half of my B1 company, transferred  rapidly to the front, was killed  fighting that night. My survival chances were therefore no better than 50:50. But  again something extremely fortunate  – if not exactly heroic –  occurred to save me.

The massive morning bombardment brought to a rapid end the joint Sunday mass attended by the  whole company. To avoid the risk of all of us perishing at once, we were ordered to disperse into as many  neighbouring houses as possible. Once more  I took shelter in a basement,  more accurately a large cellar, full of  civilians. There was a small upper window facing the  street, blocked by a neatly arranged stack of bricks instead of the more usual sandbags, and I stood nearest to them. Less than 5 minutes later there was a terrific explosion in the street. A shell must have landed just outside the window for the whole stack of bricks flew inwards, and I was exactly in its way. One hit the back of my head and  cracked the skull; to this day I can feel through the hair a small indentation where the edge of a brick hit me. Had I stood a an inch or two nearer, it would have reached my brain. I suffered a severe concussion, with nausea, vomiting, splitting headache, blurred vision and  impaired hearing .There was also some blood on the head . Though alive, I was  not in a fit state for military action. Friends carried me to the  nearest casualty point  in another basement, where the girl nurses could only offer me a camp bed  and some aspirins. The same  night  my company suffered their terrible losses..

The symptoms gradually eased, but lasted till Tuesday night. Meanwhile

the  resistance in Mokotow was collapsing and the whole “Baszta” regiment was retreating street by street. There is no guessing how the  rising in our suburb might have ended for me; perhaps through another, more lethal bomb; perhaps from a burst of submachine fire from an SS-man barging into the cellar. There had been stories  that some Germans did not bother to take wounded insurgents prisoner and just dispatched them where they lay. Fearing this might  happen to me, and against orders, a friend came to  tell me that the company was being evacuated through the sewers to central Warsaw, which was still resisting. At daybreak of 27 September I climbed down into the sewers with my unit. What soon was to happen there was an inferno of another kind, but that is a different story. Suffice to say that with hundreds of others, insurgents  and civilians, I spent hours underneath, creeping in darkness and up to the knees in stinking filth, only to find the passage blocked by a huge German barricade. Chaos and panic ensued, made worse by the Germans throwing grenades  down the  manholes. Obsessed by the fear  that “I would end like a rat, not a soldier” I decided to surrender together with the only two company friends who were still with me. By yet another lucky chance we were taken prisoner by soldiers of the regular army, the Wehrmacht, who generally obeyed the Geneva conventions  – unlike the SS and their Asiatic auxiliaries, members of the notorious Soviet renegade army led by General Vlassov, who shot surrendering Poles without scruples. With a head swathed in a blood-soaked bandage I was marched out of Warsaw with what was left of B1 company to a transit camp, and then transported in a goods train to a POW camp near Bremen –  the next stage of a long, eventful journey to the west, and to a happy and successful life in Britain.

Dr Zbigniew Pelczynski OBE (“for Anglo-Polish cooperation”) arrived in Britain in January 1946 and after completing university studies at. St. Andrews and Oxford  became  a Fellow of Pembroke College, Oxford.