Trzy razy szczęście: Historia przeżycia Powstania na Mokotowie

Niedawno skończyłem 83 lat i żyję w małej, ładnej i spokojnej wiosce w malowniczym,

pagórkowatym, rolniczym regionie środkowej Anglii, zwanym The Cotswolds. Mieszkam wraz z żoną Denise i dorosłym synem Janem. Od lat jestem emerytem Uniwersytetu Oksfordzkiego, na którym wykładałem niegdyś politologię… Na pozór moje życie nie różni się niczym od codzienności wielu angielskich emerytów, którzy mnie otaczają. A jednak – 65 lat temu życie moje było krańcowo różne; żyłem w okupowanej przez nazistowskie Niemcy Polsce i byłem studentem podziemnego uniwersytetu w Warszawie, a także członkiem ruchu oporu.

Te wspomnienia są najbardziej dramatycznym fragmentem owego polskiego życia, a

jednocześnie opowieścią o nadzwyczajnym szczęściu, jakie mnie wówczas spotkało – w ciągu sześciu tygodni sierpnia i września 1944 roku trzy razy uciekłem przed śmiercią. Wydarzyło się to w przyjemnej, ogrodowej dzielnicy na południu Warszawy, gdzie jako żołnierz podziemnej Armii Krajowej stanąłem do walki zbrojnej z kontrolującą miasto armią niemiecką.

Pierwszego sierpnia, na rozkaz dowództwa AK, wraz z około 30.000 współkonspiratorów,

zaatakowaliśmy niemieckie pozycje, w nadziei (niestety złudnej), że uda nam się wypędzić Niemców ze Stolicy i uprzedzić wejście armii sowieckiej, zbliżającej się do miasta od wschodu. Zostałem przydzielony do pułku „Baszta”, w kompanii B1. Przyjąłem pseudonim „Jagiełło” – imię króla Polski i Litwy, który w średniowieczu pokonał Niemców. Większość mych towarzyszy broni było w podobnym do mnie wieku. Nasz trening wojskowy poprzedzający Powstanie był raczej elementarny i odbywał się głównie w prywatnych mieszkaniach. Osobiście nauczyłem się np. rozbierać i składać karabin z zawiązanymi oczami, ale nigdy nie miałem okazji oddać z niego strzału.

Choć były niedoświadczone i słabo uzbrojone, siły polskie przegnały Niemców ze znacznej

części Mokotowa, ale nasze zwycięstwo miało raczej ograniczone rozmiary. Niemcy wycofali się do silnie ufortyfikowanych koszar, z których dość łatwo mogli odpierać próby polskich ataków, ale nie odważali się kontratakować na większą skalę. Spodziewali się po nas zaciekłej obrony i dużych strat własnych, choć nasze zaimprowizowane pozycje obronne to były po prostu opuszczone przez cywilów domy oraz wątłe bariery uliczne. Zamiast używać piechoty, dowództwo niemieckie wybrało bezpieczniejszy sposób zgniecenia Powstania: bombardowanie z powietrza i ostrzał ciężkiej artylerii. Eliminowało to wielu powstańców, lecz jednocześnie powodowało kolosalne straty wśród nie-kombatantów, niszcząc olbrzymią ilość domów i zabijając być może 10 razy tylu cywili co wojskowych.

(Ogólna liczba ofiar nie jest znana, ale szacuje się nią między 150 000, a 250 000 osób.)

Po raz pierwszy otarłem się o śmierć 10-go sierpnia; dokładna data została odnotowana w

pamiętniku, który prowadził podczas Powstania mój przyjaciel z plutonu (Bolesław Taborski, ps. „Juliusz”); miało to miejsce chyba podczas pierwszego bombardowania lotniczego Mokotowa. Jak się później okazało, było to dzieło trzech nurkowych bombowców zwanych “sztukasami”, startujących z pobliskiego lotniska w regularnych odstępach czasu i powracających do bazy po nowy ładunek, od rana do wieczora. Byliśmy wobec nich całkowicie bezbronni. Tamtego dnia dostałem przepustkę na opuszczenie mojej jednostki, aby szukać mego młodszego brata “Kotowskiego”, który zaginął drugiego dnia powstania, a którego ktoś podobno widział w szpitalu sióstr Elżbietanek, pełnym rannych cywili i powstańców (który niedługo potem został obrócony w ruinę podczas innego nalotu). Widząc, że jeden ze „sztukasów” leci w moim kierunku, odruchowo wbiegłem do najbliższego domu – dwupiętrowej, solidnie wyglądającej kamienicy. Podziemie domu było podzielone na klitki biegnące wzdłuż korytarza. Wchodząc do piwnicy bez zastanowienia wybrałem lewą część podziemi. Panowała tam niemal totalna ciemność, ale po ścisku i szeptach wokół mnie poznałem, że piwnica jest przepełniona. Wnet warkot bombowca stał się bardzo głośny, nastąpił charakterystyczny gwizd albo skowyt, potem sekunda-dwie złowieszczej ciszy, aż wreszcie nastąpił olbrzymi huk eksplozji i wstrząs burzonych ścian budynku. Zostałem zasypany i całkowicie unieruchomiony gruzem, ale – o dziwo – nie czułem żadnego bólu. Wokół mnie ludzie dusili się, jęczeli z bólu, konali w agonii; ja czułem tylko, że moje usta i nos wypełniają się miałkim ceglanym pyłem, unoszącym się wokół. Wkrótce zapanowała cisza, jak w grobie. Byłem pewien, ze nadszedł również mój koniec. Nie nastąpiło to jednak natychmiast, gdyż wciąż oddychałem, ale coraz głębiej, bo brakowało powietrza. Im mocniej dyszałem, tym więcej wdychałem pyłu, aż w końcu straciłem świadomość, myśląc, że tak właśnie wygląda śmierć.

Myliłem się. Za jakąś godzinę lub dwie obudziłem się, słysząc dźwięk tarcia metalu o cegły,

najpierw nikły, a potem coraz głośniejszy. Zgadłem, że była to ekipa ratunkowa poszukująca żywych. Zacząłem krzyczeć “Tu jestem!” i choć mój głos musiał być słaby, usłyszeli mnie. Jeszcze jedno silne stukniecie kilofem, czy młotem i przedostali się do mnie. Mały snop światła przeszył ciemność i oświetlił moją zapylona głowę, sterczącą z rumowiska. Czyjeś ręce odgarniały gruz i delikatnie wyciągały mnie z ruin. Tuż obok mnie, po prawej stronie, natknęli się na głowę całkowicie zmiażdżonej kobiety. Podniosłem oczy i w panującym jeszcze półmroku ujrzałem, co się stało. Okazało się, że absolutnym przypadkiem stanąłem w miejscu, gdzie przebiegała olbrzymia belka, łącząca ściany budynku. Kiedy dom runął, pękła po środku i utworzyła coś na kształt litery “v”, ale nie załamała się zupełnie. Ta belka uratowała mi życie. Spadające szczątki budynku, nawet te największe, zwyczajnie się od niej odbijały. Tylko trochę odłamków uderzyło mnie tu i tam, raniąc przegub lewej ręki. Gdy wyciągnięto mnie na powierzchnię, gdy zobaczyłem słońce i błękitne niebo, płakałem jak niemowlę. Po raz pierwszy i ostatni w życiu czułem – fizycznie, namacalnie, niezwykle intensywnie – że żyję.

Po niecałym tygodniu zostałem zwolniony z zaimprowizowanego piwnicznego “szpitala” i wróciłem do kompanii B1. Poza bezwładnym przegubem, po wypadku z bombą pozostał tylko jeden ślad: paniczny, traumatyczny strach na widok samolotów, który trwał niemal do końca Powstania. Gdy tylko słyszałem warkot silnika nadlatującego samolotu, czułem trudno kontrolowany, zwierzęcy impuls, aby się kryć, jakkolwiek, gdziekolwiek, trwało to dopóki samolot nie przeleciał. Poza tym nie wyróżniałem się niczym spośród mych powstańczych towarzyszy i spełniałem swe wojskowe obowiązki, jak gdyby nic mi się nie stało.

Być może był to powód, dla którego dwa tygodnie później awansowałem na Starszego Strzelca i zostałem dowódcą trzyosobowego patrolu. Rozpierała mnie duma, gdyż jako dowódca mogłem zamienić mój stary, przedwojenny polski karabin na nowiutkiego angielskiego “stena”, prawdopodobnie niedawno zrzuconego nocnym samolotem RAF-u. Zadaniem naszego oddziału było spenetrowanie części rozciągłego terenu działkowego, które przed wojną pełniło funkcję pola wyścigowego. Leżał on pomiędzy polskimi i niemieckimi pozycjami. W ciągu dnia ta “ziemia niczyja” była raczej spokojna. Ale odżywała nocą, kiedy grasowały po niej zarówno polskie, jak i niemieckie patrole. Normalną bazą operacyjną naszych patroli był tzw. “ogrodnik” – mały jednopokojowy budynek, w którym kiedyś rezydowali strażnicy pilnujący działek. Był on całkowicie wypalony, pozostawał bez dachu, a jedyną jego zawartość stanowiło coś makabrycznego – para szkieletów leżących na żelaznej pryczy. Przypuszczalnie byli to strażnicy, którzy spali w domku, kiedy został on spalony przez SS-manów z pobliskich koszarów. Zadanie naszego patrolu było dosyć rutynowe. Polegało ono na dostaniu się do “ogrodnika” jak najwcześniej i jak najciszej i na sondowaniu stamtąd terenu jak najbliższego koszarom.

Okazało się, że ubiegliśmy Niemców o kilka chwil. Gdy tylko dotarliśmy do budynku i zajęliśmy pozycje przy wypalonych drzwiach i oknach, zdaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy sami. Spostrzegliśmy niedaleko 2-3 maleńkie błyski żarzących się w mroku papierosów. Po chwili zaczęły się one zbliżać powoli do nas. Jednocześnie słychać było szepty jakichś rozmów i ostrożne kroki. Moi podwładni odbezpieczyli karabiny, a ja skierowałem mego „stena” w kierunku szeptów; seria z niego miała być sygnałem do rozpoczęcia ostrzału. Nagle zobaczyliśmy krótki błysk światła i stłumiony odgłos wybuchu, po czym usłyszeliśmy potworne wycie z bólu, rejwach niemieckich głosów i szybki bieg kilku nóg w kierunku koszar. Domyśliliśmy się, że jeden z żołnierzy, może w momencie odbezpieczania granatu, potknął się i niechcący pociągnął za sznurek wewnątrz drewnianego trzonka, raniąc co najmniej siebie. Był to kolejny cud, tym razem nie tylko dla mnie. W patrolu brał udział “Juliusz”, który w swoim diariuszu zanotował datę wydarzenia: 12 września. Gdyby granat wylądował w miejscu przeznaczenia, nasza grupka zginęłaby na miejscu albo – straszliwie poraniona – zostałaby dobita pojedynczymi strzałami SS-manów.

Z biegiem miesiąca stało się oczywiste, że dni naszego wyzwolenia dobiegają końca. Armia

sowiecka zatrzymała się nad prawym brzegiem Wisły. Główne niemieckie siły, zgromadzone po lewej stronie, mogły przystąpić do likwidacji Powstania. W niedzielę 24. września, około 9-tej rano, Niemcy zasypali Mokotów lawiną bomb, pocisków artyleryjskich i “grających szaf”, jak przezywaliśmy wyjące rakiety wystrzeliwane z moździerzy. Wieczorem, pod osłoną ciemności, rozpoczął się zmasowany atak czołgów i ciężko uzbrojonej piechoty z trzech stron dzielnicy naraz. Kompania B1, przerzucona na tyły, poniosła ogromne starty; prawie połowa ludzi zginęła w walce. Mógłbym z powodzeniem być jednym z nich, ale stało się inaczej, choć dużo mniej heroiczne.

Poranne bombardowanie zbiegło się z mszą świętą, w której uczestniczyła cała kompania. Aby zapobiec śmierci wszystkich naraz, zakończono mszę szybko i dostaliśmy rozkaz rozproszenia się po jak największej liczbie sąsiednich domów. Jeszcze raz zszedłem do piwnicy – małej, ale pełnej cywili. Pod jej sufitem było okienko wyglądające na ulicę, zablokowane nie jak zwykle workami z piaskiem, ale starannie ułożonymi w rząd cegłami. Chwilę potem nastąpił w pobliżu przerażający wybuch. Artyleryjski pocisk musiał rozbić się niedaleko okna, gdyż cala sterta cegieł runęła do wnętrza, napotykając mnie na drodze. Jedna z nich uderzyła mnie w tył głowy i zmiażdżyła kawałek czaszki; do dzisiaj można wymacać małe wklęśniecie, gdzie wbił się kant cegły. Gdybym stał o pół stopy bliżej okna, ta cegła sięgnęłaby mózgu… Skończyło się „tylko” ciężkim wstrząsem mózgu: mdłościami, wymiotami, ogłuszeniem, zamglonym wzrokiem i potwornym bólem głowy. Polało się też sporo krwi. Choć żyłem, nie nadawałem się do akcji militarnej. Przeniesiono mnie do najbliższego punktu sanitarnego w innej piwnicy, gdzie sanitariuszki mogły zaoferować mi tylko bandaż, aspirynę i łóżko polowe. Gdy ja wiłem się z bólu w sanitarnej piwnicy, moja kompania walczyła gdzie indziej i ponosiła owe straszne straty.

Symptomy wstrząsu powoli ustępowały w poniedziałek i wtorek, podczas gdy na Mokotowie szalała walka. Opór powstańców stopniowo załamywał się i cały pułk „Baszty” został zepchnięty do małej, kilku ulicowej przestrzeni. Nie wiem, jaki byłby mój los, gdybym pozostał w piwnicy do całkowitego upadku oporu oraz kapitulacji. Może na willę, gdzie była piwnica, spadłaby śmiertelna bomba? Może SS-man wbiegający do piwnicy zabiłby mnie serią ze “schmeissera”. Krążyły pogłoski, że nieraz Niemcy nie brali rannych powstańców do niewoli, ale po prostu zabijali na miejscu. Bojąc się o mój los i ignorując rozkazy co do pozostawiania rannych – przyjaciele z B1 namówili mnie, abym dołączył się do ewakuacji kompanii kanałami do Śródmieścia, wciąż jeszcze walczącego.

O świcie, w środę 27-go września, wszedłem wraz z kolegami do kanału. To, co się tam potem wydarzyło, było piekłem innego rodzaju, ale jest to materiał na osobne opowiadanie. Powiem tylko w skrócie, że wraz z setkami powstańców i nieoczekiwanych cywili spędziłem siedem godzin, wlokąc się tam i z powrotem w ciemności, brodząc po kolana w gęstej, śmierdzącej cieczy. Co gorsza okazało się, że Niemcy zablokowali główny kanał w kierunku centrum miasta. Spowodowało to panikę i chaos, potęgowany wybuchami granatów wrzucanych przez Niemców do włazów. Kompania rozpadła się zupełnie; z jednostki pozostał ze mną tylko “Juliusz” i “Strata”. W pewnym momencie puściły nam nerwy: “poddajemy się, albo zginiemy w kanale jak szczury”. Kiedy wyszliśmy na powierzchnię, okazało się, że naszym przeciwnikiem byli żołnierze z Wehrmachtu, regularnej armii, a nie SS-mani lub ich azjatyccy pomocnicy, sowieccy renegaci, którzy zabijali poddających się bez żadnych skrupułów. Pod ich właśnie eskortą, nie wierząc jeszcze całkiem szczęściu, poszliśmy pustymi ulicami Mokotowa do fortu, gdzie zgromadzono setki jeńców. Z tego miejsca pomaszerowaliśmy do ponurej hali fabrycznej poza Warszawą, a potem, po paru dniach w obozie przejściowym, wsadzono nas do wagonów towarowych i wywieziono na zachód Niemiec, do stałego obozu jenieckiego w okolicy Bremy. Stamtąd, siedem miesięcy później, wyzwoliła nas i mieszankę przedstawicieli innych narodowości niewielka jednostka amerykańskich czołgów i opancerzonych walijskich wozów. Dla mnie był to następny etap burzliwej drogi na zachód i do długiego, pomyślnego i szczęśliwego życia w Wielkiej Brytanii.

 

Tłumaczenie ‘The Warsaw Uprising’ [Powstanie Warszawskie]

Lipiec 1944 był gorącym miesiącem w Warszawie, ale niewiele osób zwracało uwagę na pogodę. Z fascynacją i przyjemnością obserwowaliśmy widoczne znaki niemieckiego odwrotu przed armią sowiecką. Długie kolumny żołnierzy przechodziły przez miasto w dzień i w nocy. Słyszeliśmy wyraźnie dźwięk ciężkiej artylerii od wschodu, po drugiej stronie Wisły. Sowieckie samoloty czasem przelatywały nad miastem. Niemcy byli w nerwowym, złym nastroju, węsząc wszędzie sabotaż.

Podziemna Armia Krajowa licząca około 30 000 osób była mobilizowana do jakiejś akcji. Chłopcy z obecnej armii, ja i przyjaciele, którzy wstąpili do AK poprzedniego roku utworzyliśmy kompanię siedemnasto- i osiemnastolatków. Nasze motywy były proste: pragnęliśmy okazać działaniem naszą nienawiść do Niemców, nie chcieliśmy siedzieć i czekać aż nas oswobodzą Rosjanie. Wielu z nas oburzał fakt, że komunistyczny „rząd cieniów” został właśnie ustanowiony odgórnie w Lublinie, za rosyjską linią frontu. Uważaliśmy, że polski rząd na wygnaniu w Londynie jest praworządny i byliśmy gotowi okazać mu naszą lojalność.

W końcu lipca zdaliśmy sobie sprawę, że powstanie jest o krok. Pierwszego sierpnia około południa przyszła wiadomość: „Zaczyna się po południu”. Pobiegłem do domu, aby coś zjeść i zmienić ubranie. Moi rodzice, wiedząc że jestem w AK czuli, że coś się szykuje. Przed wyjściem pocałowałem matkę i to mnie niemal wydało. Spojrzała na mnie ostro i zapytała z niepokojem: „Wrócisz dziś wieczorem, jak zwykle, nieprawdaż?”. Udzielając odpowiedzi skłamałem, ale byłem pewny, że rozstajemy się tylko na parę dni. De facto spotkałem się znów z rodziną dopiero po przeszło 12 latach.

Wskoczyłem do przepełnionego tramwaju jadącego na Mokotów, dzielnicy na południu Warszawy, do domu, gdzie nasza jednostka zbierała się. Stałem na tylnej platformie tuż obok dwóch SS-manów, przestraszony świadomością moich wypchanych kieszeni. Dostałem sześć brytyjskich granatów do przewiezienia i po prostu włożyłem je do dwóch kieszeni marynarki. Wysiadłem na tym samym przystanku co Niemcy, którzy zmierzali do dużego budynku, niegdyś średniej szkoły, obecnie silnie strzeżonych i obwarowanych koszar. Moim miejscem przeznaczenia był natomiast niewielki prywatny dom znajdujący się nie więcej niż blok lub dwa od koszar.

Mój pluton był tam już w pełnym składzie. Kazano mi położyć się na podłodze obok innych i zachowywać się cicho i spokojnie. Było to parę minut po drugiej. Minęła godzina, dwie. Gdzieś w dali rozległy się strzały, potem broń maszynowa. Wciąż czekaliśmy. Wpół do czwartej, piąta; ktoś zapukał do drzwi. Dowódca plutonu zjawił się i powiedział: „Na to czekaliśmy chłopcy. Wstawajcie”. Wyszliśmy do niewielkiego parku przed domem (był to park Dreszera). Nasz dowódca wyjął pistolet i włożył go sobie za skórzany pas, który nosił na marynarce. Był to wspaniały, symboliczny gest; oznaczał, że wynurzaliśmy się z podziemia i z konspirantów stawaliśmy się powstańcami. Ale gdzie była nasza broń? Ładna młoda blondynka przyniosła pęk biało-czerwonych opasek, które kazano nam nałożyć. Według jakiejś konwencji międzynarodowej rzekomo dawały nam one status żołnierzy stawiały nas pod ochroną reguł wojny. W rzeczywistości rozdrażnieni Niemcy nie zwracali najmniejszej uwagi na opaski i rozstrzeliwali wszystkich jeńców traktując ich jako „bandytów”. Dopiero znacznie później, gdy Brytyjczycy zagrozili sankcjami w formie odwetu Wehrmacht zmienił swe zachowanie. Ale nie SS – w dalszym ciągu uważali, że mają prawo zabijania jeńców.

Kiedy czekaliśmy na broń park zapełnił się młodymi ludźmi z innych plutonów naszej kompanii. W końcu nadjechała taksówka z biało-czerwoną flagą na masce samochodu i wyładowano różną broń. Nasza chciwość zamieniła się w rozczarowanie, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że ma być podzielona między trzy plutony. Nasz przydział to był jeden pistolet maszynowy i pięć karabinów plus amunicja i parę granatów (butelek z benzyną – tzw. „koktajl Mołotowa”), co wystarczyło na uzbrojenie połowy ludzi. Dla reszty ta pierwsza noc była strasznym rozczarowaniem – nie mieli nic do robienia.

Szczęśliwa połowa kompanii wkrótce poszła do akcji przeciwko ufortyfikowanym koszarom. Dwa czy trzy razy Polacy próbowali natarcia, ale zostali odparci przez ciężki niemiecki ogień. O świcie nasze jednostki wycofały się i zaczęły przygotowywać się do niemieckiego kontrataku. Było to rozczarowaniem, ale wiadomości z innych sektorów Mokotowa i reszty Warszawy były bardziej zachęcające do walki. Duża część miasta została oczyszczona z nieprzyjaciela. Następnym krokiem było połączenie wszystkich sił powstańczych ze sobą. Niemcy starali się nie dopuścić do tego poprzez utrzymanie w swych rękach kluczowych budynków i ulic dopóki nie nadejdą posiłki.

Pierwszymi ofiarami powstania byli cywilni Polacy pozostawieni za niemieckimi liniami. Byli wypędzeni z domów, ograbiani. Mężczyźni, szczególnie młodzi, byli setkami poddawani egzekucjom. Niesamowite okrucieństwa działy się tylko kilkaset metrów od naszych pozycji. Niedaleko nas (na ulicy Rakowieckiej) znajdował się dom ojców Jezuitów, dobrze znanych podczas okupacji ze swych kazań o politycznym i patriotycznym wydźwięku. Został otoczony przez SS-manów, którzy spędzili wszystkich do piwnicy i zmasakrowali ogniem z karabinów maszynowych.

Po naszej stronie mężczyźni i kobiety, którzy przedtem nie byli w podziemiu, przyłączali się, a młodzi chłopcy mający nie więcej niż dwanaście, trzynaście lat błagali, aby ich wziąć na kurierów lub ordynansów. Jednym z ich zadań było dostarczanie listów z jednej dzielnicy do drugiej poprzez kanały. Armia Krajowa wydała nawet własne znaczki podczas powstania. Była to jedna z rzeczy, która stwarzała iluzję niepodległości. My delektowaliśmy się tą wizją. Afisze z patriotycznymi apelami oraz nakazy władz wojskowych i cywilnych pojawiały się jak grzyby po deszczu. Dzienniki i periodyki zaczęły wychodzić regularnie, a stacja radiowa kontrolowana przez powstańców zaczęła emitować audycje. Polskie flagi i orły zastąpiły niemieckie flagi i swastyki. Ulice i place wróciły do swych starych nazw, zaś napisy w języku niemieckim były zamalowywane.

Niemal zaczynaliśmy zapominać o koszmarze okupacji, a nawet samo powstanie przesunęło się na drugi plan. Pamiętam, że po tygodniu na linii frontu mój pluton został zwolniony i wysłany na krótki odpoczynek. Zakwaterowano nas w dużej pustej willi, której zamożni właściciele prawdopodobnie byli na wsi na wczasach. Znaleźliśmy jedzenie, trunki, papierosy i wspaniałą bibliotekę. Właśnie tam odkryłem powieści P.G. Wodehouse’a w polskim tłumaczeniu. Zacząłem od „Leave it to Psmith”, którą przeczytałem galopem. Znalazłem drugą powieść, przeczytałem ją i zacząłem trzecią, kiedy wezwano nas na front. Nie mogę wyjaśnić tej całkowitej absorpcji w świecie ubogich młodych mężczyzn, bogatych ekscentrycznych arystokratów i dyskretnych lokajów, tak kompletnie innego od mego życia. Powieści utkwiły mi w pamięci. Przez półtora roku, zanim przyjechałem tutaj, był to jedyny obraz Anglii w mej wyobraźni. Wracałem do willi, aby pożyczać dalsze książki, do chwili, kiedy pewnego dnia okazało się, że willa znikła z powierzchni ziemi uderzona niemiecką bombą.

Bombardowanie stało się bardzo uciążliwe w drugiej połowie sierpnia. Było to dzieło trzech samolotów bombowych, tzw. nurkowców. Startowały rano z lotniska w pobliżu Mokotowa, pozbywały się swego ładunku, brały nowy zapas bomb i wracały pół godziny później z nieubłaganą regularnością przez niemal 12 godzin dziennie. Nie mieliśmy żadnej obrony przeciw nim. Szukało się gdzieś schronu, gdy „stukasy” pojawiały się, ufano szczęściu. Pewnym popołudniem szedłem do pobliskiego szpitala w poszukiwaniu młodszego brata, który gdzieś zaginął. Trzy znajome samoloty pojawiły się nad dzielnicą, pobiegłem więc do piwnicy sporego, solidnie wyglądającego domu, gdzie wiele innych osób – wśród nich dużo kobiet i dzieci – schroniło się. Najpierw usłyszałem ryk nurkującego silnika, potem był moment ciszy, a następnie druzgot walących się murów. Znaleźliśmy się pod trzema piętrami gruzu. Od śmierci uratowały mnie dwie grube belki, które utworzyły osłonę przed spadającymi elementami budynku. Ratownicza drużyna wykopała mnie po trzech godzinach, ale niewiele innych osób przeżyło. Zabrano mnie do zaimprowizowanego szpitala, tzw. lazaretu, w piwnicy innego domu i zatrzymano na około dwa tygodnie.

Kiedy powróciłem do swej jednostki, znalazłem ją w zupełnie innym nastroju. Niemcom udało się przerzucić część czołgów i oddziałów z frontów rosyjskich, które zaczęły silnie naciskać na nas. Nadzieje na dużą pomoc zachodnią z powietrza znikły. Było sporo nocnych zrzutów broni i amunicji dokonywanych przez alianckie samoloty z baz we Włoszech, jeden duży amerykański zrzut dzienny, z których niestety Niemcy skorzystali więcej niż my. Zaczęto mówić o kapitulacji i podobno zaczęły się jakieś próby negocjacji. Nagle 11 września armia sowiecka dotarła na obrzeże Warszawy i zajęła dzielnice leżące na wschód od Wisły. Nasze nadzieje znów odżyły. Pomoc Rosjan wydawała się niemal pewna. Ludzie wyszli na ulice w przystępie radości. Przez parę dni mosty po polskiej stronie były bronione, aby pomóc Rosjanom przeprawić się. Niestety, po ogromnych stratach, wąskie polskie przyczółki trzeba było porzucić. Wyglądało na to, że Rosjanie nie byli zainteresowani uratowaniem powstania przed klęską i to – o czym zdałem sobie sprawę później – było prawdą. Dla wielu naszych liderów powstanie było czysto politycznym przedsięwzięciem. Mieli nadzieję, że uzyskawszy kontrolę nad Warszawą zrobią wrażenie na społeczeństwie swoją siłą i zmuszą Rosjan do negocjacji z polskim rządem na wygnaniu w Londynie. Nic zatem dziwnego, że Rosjanom było wygodnie, aby Niemcy nas zniszczyli.

Jedna dzielnica po drugiej wpadała w ręce Niemców. Po bombardowaniu następował ostrzał z ciężkiej artylerii. Moździerze i co gorsza rakiety zrywały ściany całych domów. Piwnice przepełniły się rannymi, kobietami i dziećmi. Zaczęło brakować wody i trzeba było ją racjonować. Chleb, mięso i tłuszcze znikły i wkrótce nasz dzienny posiłek zmniejszył się do jednej miseczki niesmacznego kleiku. Mogliśmy zdobyć jedynie grabieżą świeże jarzyny z ogródków działkowych w ziemi niczyjej organizując zbrojne patrole nocne. Ryzykowało się życiem za worek ziemniaków, pomidorów czy fasoli. Głód zmuszał ludzi do jedzenia koni, psów i kotów. W końcu Niemcy pozwolili cywilom opuścić Warszawę przez ich linie i wielu z tego skorzystało.

Pod koniec września Niemcy zaczęli swój atak na Mokotów. W niedzielę rano lawina bomb, pocisków i rakiet spadła na dzielnicę. Ten proces zmiękczania trwał cały dzień. Kiedy zapadła noc, Niemcy ruszyli do akcji. Tej samej nocy moja kompania została skierowana na tyły, aby wzmocnić naszą obronę. Byliśmy tam dwie noce i dzień, desperacko broniąc jeden dom po drugim, lecz Niemcy wciąż nas wypierali. W tym krótkim czasie połowa naszych ludzi została zabita lub ciężko raniona. Utrzymywaliśmy mniej niż kwadratową milę Mokotowa, otoczeni czołgami i wojskowymi jednostkami. Nie byliśmy w stanie wytrzymać więcej niż parę godzin. Nasze jednostki miały być zatem ewakuowane, począwszy od tej nocy, kanałami do ostatniej śródmiejskiej części dzielnicy będącej w rękach polskich.

Następnych dwanaście godzin było dla mnie największym horrorem w okresie powstania. Ci którzy oglądali polski film „Kanał” mogą wyobrazić sobie co to było. Przed świtem znalazłem się w długim ogonku żołnierzy wchodzących do włazu, który był wejściem do kanału. Ktoś dał mi niemiecki pistolet maszynowy do niesienia, dwadzieścia naboi i dwie butelki wódki. Kolejka ruszała się naprzód strasznie powoli i stojąc w niej cierpieliśmy męczarnie. W końcu, po trzech godzinach, przyszedł czas na nas. Po zejściu na dół czołgaliśmy się niskim tunelem do głównego kanału, który miał może dziesięć stóp wysokości i pięć szerokości. Tam była druga kolejka. W ciemności i ciszy, z ręką na ramieniu człowieka przed nami, po kolana w śmierdzącej, zamulonej cieczy brodziliśmy powoli naprzód starając się nie chlapać lub pośliznąć. Od czasu do czasu słyszeliśmy czołgi toczące się nad nami i fragmenty niemieckich rozmów. Nagle po linii przebiegła błyskawiczna wiadomość: „Nie ma przejścia, wszystko zablokowane przez Niemców”. Nastąpił chaos, gdyż ludzie będący przed nami zaczęli zawracać, podczas gdy ci z tyłu pchali się naprzód głusi na ostrzeżenia. Nagle w powietrzu nastąpił wybuch i poczuliśmy silny smród, który wywołał panikę. Szeregi połamały się, jednostki rozdzieliły, a ranni zaczęli upadać. Podniósł się wrzask i krzyki: „Topią nas! Gaz! Czy czujecie gaz? Wracać do Mokotowa!”.

Mnie i dwojgu przyjaciołom – wszystko co pozostało z naszej jednostki – udało się przepchnąć z powrotem. Za nami nastąpiła kolejna eksplozja, a potem trzecia, jeszcze bliżej. Niemcy zdali sobie sprawę, że kanał był pełen ludzi. Przylgnęliśmy do lepkiej, gładkiej, zaokrąglonej ściany kanału. Minęły sekundy, potem minuty. Nic się nie działo. Nasze nerwy nie wytrzymały dłużej napięcia. Porzuciliśmy wszystką broń i ruszyliśmy do najbliższego włazu. Ktoś wspiął się w górę i krzyknął łamanym niemieckim: „Deutsche Soldaten! Nicht schiessen! Hier Polnische Kamaraden!”. Niemcy ryknęli śmiechem i krzyknęli: „Raus!”. Klapa włazu podniosła się i jeden po drugim nasza mała grupa wynurzyła się, oślepiona słońcem. Żołnierze, dzięki Bogu, byli z Wehrmachtu. Zrewidowano nas, zabrano zegarki i pieniądze i odmaszerowano pod strażą w okolicę tego samego małego parku, gdzie zebraliśmy się 1 sierpnia.

Centrum skapitulowało parę dni później i 5 października reszta powstańców zaczęła niewolę. Przyłączyli się oni do nas w przejściowym obozie blisko Warszawy, skąd w zatłoczonych wagonach towarowych rozesłano nas do obozów jenieckich po całych Niemczech. Pozostali cywile zostali zmuszeni do opuszczenia Warszawy lub trafiali do obozów; niektórzy skończyli w Auschwitz lub innym obozie koncentracyjnym. Warszawa stała się miastem-widmem, całkiem wyludniona, za wyjątkiem niemieckich jednostek saperskich, które w zwykły niemiecki systematyczny sposób zabrały się do wysadzania wszystkich stojących jeszcze budynków. Zanim skończyli, ich pracę przerwała masywna ofensywa sowiecka 11 stycznia 1945 roku. Tego samego dnia Armia Czerwona zajęła Warszawę. Nie było wiwatów, kwiatów i wyrazów wdzięczności dla zwycięzców, nie było kogo wyzwalać. Pozostały tylko ruiny i trochę opustoszałych budynków.

An extract from Boleslaw Taborski: “Moje powstanie wtedy I teraz” (“My Uprising Then and Now”) 

This contains the notes he wrote at the time. (1-08-1944 to 19-09-1944). Translated by Zbigniew Pelczynski

The saga of the attempted escape from Mokotow to the centre of Warsaw has frequent references to “Jagiello”, “nom the guerre” Zbigniew Pelczynski adopted as a member of the underground

We are waiting at a manhole. At 5 am we descend into the sewer. The germans are already on Kaziemierzowska and Raclawicka Street [about a mile from the manhole – ZAP]. A row in the sewer – neither forward, neither back. We are waiting for an hour, with arguments and swearing, at last we reached the master sewer under Pulawska Street.  “Walet” [one of our unit – ZAP] runs off with some-others. Three of us joined the unit of a captain “Gustaw” and move forward with a group of 148 men. I stick to “Jagiello”. A slow tragic march a long way sewer to Rakow. Useless cries for silence. There is no guide. Encounter with a group returning from the opposite direction. There is a crowd at the crossroads. “Strata” joined us [our unit member – ZAP]. We follow an unknown LT “Woss”. We stopped at a manhole. “Woss” killed by german grenade, the rest takes to the hills. Section of the sewer leading to the centre covered with rubble. The germans start filling the sewer with water, they let in the choking gas. The crowd disperses trampling people under foot.  “Jagiello”, “Stratta” and I crouched in a niche, near a manhole. LT “Dab” proposes to move forward when the crowd moves on. We hear the sound of grenades. We are waiting for death. Hell. Finally some people force the manhole open (at the corner of Rozana Street), men start climbing up and surrounding  to the Germans. We also climb out. We are ready for death. We see tremendous destructions caused by bombs and soviet artillery. It is one o’clock. The Germans confiscate our things, form us into unit and lead through Rozana Street. The whole Mocotow is on fire. A sitting rest facing some “calmucs” [German mercenary soldiers from Soviet Asia, with a machine gun pointed at us – ZAP]. We take a last look at our brick forty-fight and the ruins of Warsaw, when they lead us along “Independence Avenue”, past the “Altasar” [forty-fight insurgence block – ZAP] to the “Mokotow fort” [an old military stronghold]. All surveying Mocotow defendants (2000 men) and some civilians. I and “Jagiello” join men from our unit. All are there except “Walet”. The gentle general v. Bach makes a speech [commander in chief of German forces in Warsaw – ZAP], “We are prisoners of war”. A pea soup is served excellent and plentiful. After lunch long march around the outskirts of Warsaw (..) Late at night we reached an old railway depot in Pruszkow [an old according to Taborski’s book the number of soldiers of our “B1 company” fighting in Mocotow was around 4 hundred of whom 158 died in the uprising – ZAP].

“Wednesday 27th of September

(…)

I am waiting in a crowd of other insurgents near the manhole at the corner of  Szustra and Baluckiego Street. The sewer is chock-a-block with people. At 5 am the germans are already on Kazimierzowska and Raclawicka Street [probably around 3 km away]. The officer in charge of evacuation single-handedly pushes me (together with around 150 other injured men) into the manhole. People pile on each other. The sewer is less than 1 m high; we need to crawl on all fours. (…)

The main sewer in front of us is blocked. In this claustrophobic situation people are going mad. I cannot move forward nor backwards for an hour. One hears only quarrels and swearwords. Finally we reach the storm sewer under Pulawska Street. Here one can move upright, than we have to emerge into stinking “waters” of the sewer. (…) Down here one needs to keep total silence, yet for frightened mob this is an impossible task. The hysteria of the civilians affects even some soldiers. (Why are they even here, in this military evacuation?(…)). Our group begins to disperse. I stick to Jagiello, who also left hospital after a concussion. Than “Strata” [our section leader] joins us.

We join a large group of LT “Gustaw” (…) .  Emerged in this stinking slush and darkness, we are desperately trying to reach Rakowicka street. But there is guide. The germans are above; one must be silent. But asking for it is of no avail. We are at a junction of two sewers (…) . There is crush and confusion because we try to move forward and others push backwards.

We are following a LT “Woss”. We stop at a manhole. We hear screams: Germans have heard noise and threw down a hand-grenade.  “Woss” supposedly perishes. The mob panicky rushes to escape this horror, treading everybody under foot.  I see corpses in the water. (…). There are rumours of grenades being thrown in, flooding and releasing poison gas. The scenes resemble Dante’s Inferno.

In this Gehenna situation I, “Jagiello” and ”Strata” decide to crouch in a canal niche and wait. (…)

We hear detonation of grenades; we lose the will to do anything; there is nowhere to go. Emerging on the surface is a certain death. But it also awaits us underground. In fact we are convinced that we will not make it alive no matter what. (…). Just as told in movies my whole life passes in front of my eyes: From early childhood till this hopeless uprising; and my dear ones I am not going to see.

Some people force the manhole cover , they climb out and surrender. We consult each other briefly and do the same, convinced that death awaits us up there. What’s the difference where one dies? And yet we prefer not to perish in the sewer – like rats. It is 1 pm. We have spent 8h in the sewers. Strangely it seemed like 24h.

The germans help us out of the manhole. One of them “helpfully” pulls “Jagiello” by the hand and steals his watch. We stand blinded for a moment by sunlight. We realise we are in a small square, so near the place where we first submerged into the sewers. We see tremendous destruction caused by  soviet artillery which is still firing. Germans are circling around seizing anything that is valuable. Whenever a missile lands near they leave us in the middle of the street and run for shelter. Eventually they put us under wall and put machine gun in front of us. So is it now? Again images more and more chaotic are passing before our eyes.

(…)

We are saved by an officer on a motorcycle who stops potential execution in the very last moment.”


ZAP: Than we we grouped in a small formation and started marching. We slowly left Mokotow observing the tremendous damage and remaining houses being set on fire by the germans. We take a last look at our brick forty-fight and the ruins of Warsaw, when they lead us along “Independence Avenue”, past the “Altasar” [forty-fight insurgence block – ZAP] to the “Mokotow fort” [an old military stronghold]. All surveying Mocotow defendants (2000 men) and some civilians. I and “Jagiello” join men from our unit. All are there except “Walet”. The gentle general v. Bach makes a speech [commander in chief of German forces in Warsaw – ZAP], “We are prisoners of war”. A pea soup is served excellent and plentiful. After lunch long march around the outskirts of Warsaw (..) Late at night we reached an old railway depot in Pruszkow [an old according to Taborski’s book the number of soldiers of our “B1 company” fighting in Mocotow was around 4 hundred of whom 158 died in the uprising – ZAP].

‘THREE TIMES LUCKY’ –A STORY OF SURVIVAL DURING THE WARSAW RISING

by Zbigniew Pelczynski

I have just turned  83 and am living quietly in a small, pleasant Cotswolds village with my wife and grown-up son. I am a retired Oxford don, a former college fellow and politics tutor, and ostensibly my life is much the same as that of other elderly retirees who surround me.. But things were very different indeed some six decades earlier when as a youth I lived in my native Poland under the rule of Nazi Germany.

This story is a story of survival – in fact at least a triple survival – in the course of 6 weeks during August and September 1944. Its  location was a leafy southern suburb of Warsaw called Mokotow , where as a soldier of the wartime underground :”Home Army” I found myself fighting the seasoned German army occupying the city.  Together with some 30,000 other conspirators we were ordered on 1 August, by the high command of our “Army”, to launch a surprise attack  against the Germans  in the hope (futile, as it turned out) of forestalling the arrival of the Soviet Army approaching the city from the east. My ”regiment” was called Baszta , my “company” B1, and my fellow-combatants were mostly the same age as I – around 20. We had had a most elementary military training, conducted  mostly in private flats in Warsaw, during the previous eight months, and though I learnt e.g. how to take a rifle apart and put it together again  with my eyes shut I had not actually fired a single shot.

Although poorly armed the Polish forces succeeded in clearing a. large part of Mokotow of the Germans, but the victory was limited. They withdrew to their fortified barracks and easily repelled all further attacks .while being  reluctant to counterattack themselves. They expected fierce resistance, and probably heavy casualties, although our  improvised defence positions were just private houses which the civilians had been  made to abandon. So instead the German command resorted in Mokotow and often elsewhere to rather safer, so to speak long-arm,  methods of crushing the uprising: aerial bombing and artillery shelling. This knocked out quite a few insurgents, but did what in today’s language  is  euphemistically called  heavy “collateral damage” – destroying vast numbers of houses and killing probably ten times as many  civilians  as  insurgents. (Estimates of overall deaths vary between 150,000 and 250,000.)

The  date of my first narrow escape from death, recorded by a friend who kept a sketchy diary of the rising, was 10 August, the day the bombing of Mokotow  began. It was usually the work of just three dive- bombers, so-called “Stukas”, operating from a nearby airport at regular intervals, and against whom we  had no defence. On that day I got leave from my unit to visit a large hospital, filled with wounded civilians and insurgents (soon to be bombed out of existence). where allegedly my younger brother, separated earlier from our unit, had been seen. Noticing  a “Stuka” flying in my direction I took shelter in the basement of the nearest house  – a two-storey solid-looking. small apartment block. The basement was divided,  on both sides of a central corridor, into lock-up cellars. Descending to the basement from the street I unthinkingly chose the left arm of the corridor. There was almost total darkness, but one could sense from the pressure and  whispers of people around one that the basement was packed.

Soon the droning of the bomber got louder, followed by a few seconds of a characteristic whistling or whining sound, then by a second of ominous silence, and WHAM!!! – the bang and shock of explosion and of collapsing masonry. An entire half of the building, just where I was sheltering, crashed down. I found myself  trapped under the  fallen wreckage, completely immobilised by the rubble, yet feeling virtually no pain. All around me people were retching, moaning or screaming in agony, but all I felt was my mouth and nose clogging up with fine brick dust. After a while it was all still and silent like a tomb, and indeed I was convinced  my end  had arrived.  It was not instantaneous, though. I continued to breathe, but as air was becoming increasingly scarce so breathing became more and more difficult. I was  panting, but just inhaling more dust. Eventually I lost consciousness, thinking as I was dropping off, that this must be death.

I was wrong. Some two hours  later I woke up hearing at first faint, and  then  increasingly louder,  hammering noises. I realised a search party was looking for survivors. I began shouting to guide them towards me, and though my voice must have been very feeble, they heard me. One final bang, and they got through. A beam of light raptured  the  darkness and lit up my dusty head, sticking out from the rubble. Then various hands and arms were clearing away the debris around me and gently pulling me out. Next to me, on my right, they uncovered the head of a woman smashed by masonry. I lifted my eyes  and in the dim light saw what had happened. By sheer chance I had chosen to stand in a spot directly under an enormous beam that spanned the bottom the building. When the building collapsed  it cracked in the middle and formed a kind of “V” letter, but did not break. The beam saved my life. The falling masonry, even the biggest chunks, just bounced off it. Only some  rather small pieces managed to hit me, and injure my left wrist. When I got to the surface, saw the sun and the blue sky, I cried like a baby. For the first (and last) time in life  I had a palpable, physical, intense feeling of BEING ALIVE.

After less than a week I was released from an improvised basement “hospital” and rejoined B1 company. The only effect of the accident, beside  the wobbly wrist, was a traumatic fear of planes which lasted to the end of the rising. Their noise, as it was getting nearer, turned me  temporarily into a nervous  wreck and almost overwhelmed  me with an urge to hide somewhere, anywhere.  Otherwise nothing distinguished me from my fellow-insurgents, and I went about my soldierly business as if nothing had happened.

Perhaps this was one of the  reasons why I was promoted lance-corporal a few weeks later and promptly put in charge of a small night patrol of three men.  I felt proud, especially because as a commander I was able to exchange my old Polish army rifle for a brand-new British “Sten” submachine gun, somehow delivered by the SOE to the Polish resistance before the rising. My orders were to reconnoitre  a part of a large allotment field (a prewar race course) which stretched from ours to the Germans’ positions. This no-man’s land was quiet in daytime, but  came alive at night  when Polish and German patrols scoured the area. Our usual patrol “operation base” was a tiny building, practically one large room, which had served as a shelter for people guarding the allotments. We jokingly called it  “gardener’s cottage”. It was completely gutted, roofless and empty except for a macabre pair of burned skeletons lying on an iron bed-stead. They were the occupants whom an SS-unit from the neighbouring barracks disposed of together with their shelter after the rising broke out.  The patrol was a routine matter. One tried to get the “gardener’s cottage” as quietly as possible and from there, slowly and  cautiously, probed the land nearer the barracks.

This time, no sooner had we reached the “cottage” and I positioned my men at what was left of the door and windows, we became aware that the enemy was extremely near. First, we noticed the glow of two or three cigarettes close to the ground. Then the glow lifted, whispering  could be clearly heard, followed by slow but quite loud steps advancing towards us. I signaled to the patrol to get their rifles ready and pointed my “Sten” towards the sound. And then… there was a slightly muffled explosion, flash of light, screams of pain, loud German voices and the noise of several jackboots running away. I guessed that one of the soldiers, getting ready to throw a grenade into the “cottage”, must have accidentally pulled on the ringed  string inside the handle of his  grenade and blown up himself, and possibly  some others. It was another miracle. Had the grenade landed where it was meant to, our small group would have been wiped out or at least terribly injured, leaving it to the attackers to finish us off with individual shots. The friend who kept the diary, and took part in the patrol, recorded the exact date of the incident: 12 September.

As the month advanced it  became obvious that the days of our short-lived liberation were drawing to an end. On Sunday, 24 September, about 11 a.m., the Germans let loose an avalanche of bombs, artillery shells and dreaded rocket-fired mortars, which we called “baying cows”, and which could rip a whole building apart. Under cover of darkness a fierce attack by tanks and  heavily armed  infantry, from three sides of Mokotow at once, began. Half of my B1 company, transferred  rapidly to the front, was killed  fighting that night. My survival chances were therefore no better than 50:50. But  again something extremely fortunate  – if not exactly heroic –  occurred to save me.

The massive morning bombardment brought to a rapid end the joint Sunday mass attended by the  whole company. To avoid the risk of all of us perishing at once, we were ordered to disperse into as many  neighbouring houses as possible. Once more  I took shelter in a basement,  more accurately a large cellar, full of  civilians. There was a small upper window facing the  street, blocked by a neatly arranged stack of bricks instead of the more usual sandbags, and I stood nearest to them. Less than 5 minutes later there was a terrific explosion in the street. A shell must have landed just outside the window for the whole stack of bricks flew inwards, and I was exactly in its way. One hit the back of my head and  cracked the skull; to this day I can feel through the hair a small indentation where the edge of a brick hit me. Had I stood a an inch or two nearer, it would have reached my brain. I suffered a severe concussion, with nausea, vomiting, splitting headache, blurred vision and  impaired hearing .There was also some blood on the head . Though alive, I was  not in a fit state for military action. Friends carried me to the  nearest casualty point  in another basement, where the girl nurses could only offer me a camp bed  and some aspirins. The same  night  my company suffered their terrible losses..

The symptoms gradually eased, but lasted till Tuesday night. Meanwhile

the  resistance in Mokotow was collapsing and the whole “Baszta” regiment was retreating street by street. There is no guessing how the  rising in our suburb might have ended for me; perhaps through another, more lethal bomb; perhaps from a burst of submachine fire from an SS-man barging into the cellar. There had been stories  that some Germans did not bother to take wounded insurgents prisoner and just dispatched them where they lay. Fearing this might  happen to me, and against orders, a friend came to  tell me that the company was being evacuated through the sewers to central Warsaw, which was still resisting. At daybreak of 27 September I climbed down into the sewers with my unit. What soon was to happen there was an inferno of another kind, but that is a different story. Suffice to say that with hundreds of others, insurgents  and civilians, I spent hours underneath, creeping in darkness and up to the knees in stinking filth, only to find the passage blocked by a huge German barricade. Chaos and panic ensued, made worse by the Germans throwing grenades  down the  manholes. Obsessed by the fear  that “I would end like a rat, not a soldier” I decided to surrender together with the only two company friends who were still with me. By yet another lucky chance we were taken prisoner by soldiers of the regular army, the Wehrmacht, who generally obeyed the Geneva conventions  – unlike the SS and their Asiatic auxiliaries, members of the notorious Soviet renegade army led by General Vlassov, who shot surrendering Poles without scruples. With a head swathed in a blood-soaked bandage I was marched out of Warsaw with what was left of B1 company to a transit camp, and then transported in a goods train to a POW camp near Bremen –  the next stage of a long, eventful journey to the west, and to a happy and successful life in Britain.

Dr Zbigniew Pelczynski OBE (“for Anglo-Polish cooperation”) arrived in Britain in January 1946 and after completing university studies at. St. Andrews and Oxford  became  a Fellow of Pembroke College, Oxford.