Trzy razy szczęście: Historia przeżycia Powstania na Mokotowie

Niedawno skończyłem 83 lat i żyję w małej, ładnej i spokojnej wiosce w malowniczym,

pagórkowatym, rolniczym regionie środkowej Anglii, zwanym The Cotswolds. Mieszkam wraz z żoną Denise i dorosłym synem Janem. Od lat jestem emerytem Uniwersytetu Oksfordzkiego, na którym wykładałem niegdyś politologię… Na pozór moje życie nie różni się niczym od codzienności wielu angielskich emerytów, którzy mnie otaczają. A jednak – 65 lat temu życie moje było krańcowo różne; żyłem w okupowanej przez nazistowskie Niemcy Polsce i byłem studentem podziemnego uniwersytetu w Warszawie, a także członkiem ruchu oporu.

Te wspomnienia są najbardziej dramatycznym fragmentem owego polskiego życia, a

jednocześnie opowieścią o nadzwyczajnym szczęściu, jakie mnie wówczas spotkało – w ciągu sześciu tygodni sierpnia i września 1944 roku trzy razy uciekłem przed śmiercią. Wydarzyło się to w przyjemnej, ogrodowej dzielnicy na południu Warszawy, gdzie jako żołnierz podziemnej Armii Krajowej stanąłem do walki zbrojnej z kontrolującą miasto armią niemiecką.

Pierwszego sierpnia, na rozkaz dowództwa AK, wraz z około 30.000 współkonspiratorów,

zaatakowaliśmy niemieckie pozycje, w nadziei (niestety złudnej), że uda nam się wypędzić Niemców ze Stolicy i uprzedzić wejście armii sowieckiej, zbliżającej się do miasta od wschodu. Zostałem przydzielony do pułku „Baszta”, w kompanii B1. Przyjąłem pseudonim „Jagiełło” – imię króla Polski i Litwy, który w średniowieczu pokonał Niemców. Większość mych towarzyszy broni było w podobnym do mnie wieku. Nasz trening wojskowy poprzedzający Powstanie był raczej elementarny i odbywał się głównie w prywatnych mieszkaniach. Osobiście nauczyłem się np. rozbierać i składać karabin z zawiązanymi oczami, ale nigdy nie miałem okazji oddać z niego strzału.

Choć były niedoświadczone i słabo uzbrojone, siły polskie przegnały Niemców ze znacznej

części Mokotowa, ale nasze zwycięstwo miało raczej ograniczone rozmiary. Niemcy wycofali się do silnie ufortyfikowanych koszar, z których dość łatwo mogli odpierać próby polskich ataków, ale nie odważali się kontratakować na większą skalę. Spodziewali się po nas zaciekłej obrony i dużych strat własnych, choć nasze zaimprowizowane pozycje obronne to były po prostu opuszczone przez cywilów domy oraz wątłe bariery uliczne. Zamiast używać piechoty, dowództwo niemieckie wybrało bezpieczniejszy sposób zgniecenia Powstania: bombardowanie z powietrza i ostrzał ciężkiej artylerii. Eliminowało to wielu powstańców, lecz jednocześnie powodowało kolosalne straty wśród nie-kombatantów, niszcząc olbrzymią ilość domów i zabijając być może 10 razy tylu cywili co wojskowych.

(Ogólna liczba ofiar nie jest znana, ale szacuje się nią między 150 000, a 250 000 osób.)

Po raz pierwszy otarłem się o śmierć 10-go sierpnia; dokładna data została odnotowana w

pamiętniku, który prowadził podczas Powstania mój przyjaciel z plutonu (Bolesław Taborski, ps. „Juliusz”); miało to miejsce chyba podczas pierwszego bombardowania lotniczego Mokotowa. Jak się później okazało, było to dzieło trzech nurkowych bombowców zwanych “sztukasami”, startujących z pobliskiego lotniska w regularnych odstępach czasu i powracających do bazy po nowy ładunek, od rana do wieczora. Byliśmy wobec nich całkowicie bezbronni. Tamtego dnia dostałem przepustkę na opuszczenie mojej jednostki, aby szukać mego młodszego brata “Kotowskiego”, który zaginął drugiego dnia powstania, a którego ktoś podobno widział w szpitalu sióstr Elżbietanek, pełnym rannych cywili i powstańców (który niedługo potem został obrócony w ruinę podczas innego nalotu). Widząc, że jeden ze „sztukasów” leci w moim kierunku, odruchowo wbiegłem do najbliższego domu – dwupiętrowej, solidnie wyglądającej kamienicy. Podziemie domu było podzielone na klitki biegnące wzdłuż korytarza. Wchodząc do piwnicy bez zastanowienia wybrałem lewą część podziemi. Panowała tam niemal totalna ciemność, ale po ścisku i szeptach wokół mnie poznałem, że piwnica jest przepełniona. Wnet warkot bombowca stał się bardzo głośny, nastąpił charakterystyczny gwizd albo skowyt, potem sekunda-dwie złowieszczej ciszy, aż wreszcie nastąpił olbrzymi huk eksplozji i wstrząs burzonych ścian budynku. Zostałem zasypany i całkowicie unieruchomiony gruzem, ale – o dziwo – nie czułem żadnego bólu. Wokół mnie ludzie dusili się, jęczeli z bólu, konali w agonii; ja czułem tylko, że moje usta i nos wypełniają się miałkim ceglanym pyłem, unoszącym się wokół. Wkrótce zapanowała cisza, jak w grobie. Byłem pewien, ze nadszedł również mój koniec. Nie nastąpiło to jednak natychmiast, gdyż wciąż oddychałem, ale coraz głębiej, bo brakowało powietrza. Im mocniej dyszałem, tym więcej wdychałem pyłu, aż w końcu straciłem świadomość, myśląc, że tak właśnie wygląda śmierć.

Myliłem się. Za jakąś godzinę lub dwie obudziłem się, słysząc dźwięk tarcia metalu o cegły,

najpierw nikły, a potem coraz głośniejszy. Zgadłem, że była to ekipa ratunkowa poszukująca żywych. Zacząłem krzyczeć “Tu jestem!” i choć mój głos musiał być słaby, usłyszeli mnie. Jeszcze jedno silne stukniecie kilofem, czy młotem i przedostali się do mnie. Mały snop światła przeszył ciemność i oświetlił moją zapylona głowę, sterczącą z rumowiska. Czyjeś ręce odgarniały gruz i delikatnie wyciągały mnie z ruin. Tuż obok mnie, po prawej stronie, natknęli się na głowę całkowicie zmiażdżonej kobiety. Podniosłem oczy i w panującym jeszcze półmroku ujrzałem, co się stało. Okazało się, że absolutnym przypadkiem stanąłem w miejscu, gdzie przebiegała olbrzymia belka, łącząca ściany budynku. Kiedy dom runął, pękła po środku i utworzyła coś na kształt litery “v”, ale nie załamała się zupełnie. Ta belka uratowała mi życie. Spadające szczątki budynku, nawet te największe, zwyczajnie się od niej odbijały. Tylko trochę odłamków uderzyło mnie tu i tam, raniąc przegub lewej ręki. Gdy wyciągnięto mnie na powierzchnię, gdy zobaczyłem słońce i błękitne niebo, płakałem jak niemowlę. Po raz pierwszy i ostatni w życiu czułem – fizycznie, namacalnie, niezwykle intensywnie – że żyję.

Po niecałym tygodniu zostałem zwolniony z zaimprowizowanego piwnicznego “szpitala” i wróciłem do kompanii B1. Poza bezwładnym przegubem, po wypadku z bombą pozostał tylko jeden ślad: paniczny, traumatyczny strach na widok samolotów, który trwał niemal do końca Powstania. Gdy tylko słyszałem warkot silnika nadlatującego samolotu, czułem trudno kontrolowany, zwierzęcy impuls, aby się kryć, jakkolwiek, gdziekolwiek, trwało to dopóki samolot nie przeleciał. Poza tym nie wyróżniałem się niczym spośród mych powstańczych towarzyszy i spełniałem swe wojskowe obowiązki, jak gdyby nic mi się nie stało.

Być może był to powód, dla którego dwa tygodnie później awansowałem na Starszego Strzelca i zostałem dowódcą trzyosobowego patrolu. Rozpierała mnie duma, gdyż jako dowódca mogłem zamienić mój stary, przedwojenny polski karabin na nowiutkiego angielskiego “stena”, prawdopodobnie niedawno zrzuconego nocnym samolotem RAF-u. Zadaniem naszego oddziału było spenetrowanie części rozciągłego terenu działkowego, które przed wojną pełniło funkcję pola wyścigowego. Leżał on pomiędzy polskimi i niemieckimi pozycjami. W ciągu dnia ta “ziemia niczyja” była raczej spokojna. Ale odżywała nocą, kiedy grasowały po niej zarówno polskie, jak i niemieckie patrole. Normalną bazą operacyjną naszych patroli był tzw. “ogrodnik” – mały jednopokojowy budynek, w którym kiedyś rezydowali strażnicy pilnujący działek. Był on całkowicie wypalony, pozostawał bez dachu, a jedyną jego zawartość stanowiło coś makabrycznego – para szkieletów leżących na żelaznej pryczy. Przypuszczalnie byli to strażnicy, którzy spali w domku, kiedy został on spalony przez SS-manów z pobliskich koszarów. Zadanie naszego patrolu było dosyć rutynowe. Polegało ono na dostaniu się do “ogrodnika” jak najwcześniej i jak najciszej i na sondowaniu stamtąd terenu jak najbliższego koszarom.

Okazało się, że ubiegliśmy Niemców o kilka chwil. Gdy tylko dotarliśmy do budynku i zajęliśmy pozycje przy wypalonych drzwiach i oknach, zdaliśmy sobie sprawę, że nie jesteśmy sami. Spostrzegliśmy niedaleko 2-3 maleńkie błyski żarzących się w mroku papierosów. Po chwili zaczęły się one zbliżać powoli do nas. Jednocześnie słychać było szepty jakichś rozmów i ostrożne kroki. Moi podwładni odbezpieczyli karabiny, a ja skierowałem mego „stena” w kierunku szeptów; seria z niego miała być sygnałem do rozpoczęcia ostrzału. Nagle zobaczyliśmy krótki błysk światła i stłumiony odgłos wybuchu, po czym usłyszeliśmy potworne wycie z bólu, rejwach niemieckich głosów i szybki bieg kilku nóg w kierunku koszar. Domyśliliśmy się, że jeden z żołnierzy, może w momencie odbezpieczania granatu, potknął się i niechcący pociągnął za sznurek wewnątrz drewnianego trzonka, raniąc co najmniej siebie. Był to kolejny cud, tym razem nie tylko dla mnie. W patrolu brał udział “Juliusz”, który w swoim diariuszu zanotował datę wydarzenia: 12 września. Gdyby granat wylądował w miejscu przeznaczenia, nasza grupka zginęłaby na miejscu albo – straszliwie poraniona – zostałaby dobita pojedynczymi strzałami SS-manów.

Z biegiem miesiąca stało się oczywiste, że dni naszego wyzwolenia dobiegają końca. Armia

sowiecka zatrzymała się nad prawym brzegiem Wisły. Główne niemieckie siły, zgromadzone po lewej stronie, mogły przystąpić do likwidacji Powstania. W niedzielę 24. września, około 9-tej rano, Niemcy zasypali Mokotów lawiną bomb, pocisków artyleryjskich i “grających szaf”, jak przezywaliśmy wyjące rakiety wystrzeliwane z moździerzy. Wieczorem, pod osłoną ciemności, rozpoczął się zmasowany atak czołgów i ciężko uzbrojonej piechoty z trzech stron dzielnicy naraz. Kompania B1, przerzucona na tyły, poniosła ogromne starty; prawie połowa ludzi zginęła w walce. Mógłbym z powodzeniem być jednym z nich, ale stało się inaczej, choć dużo mniej heroiczne.

Poranne bombardowanie zbiegło się z mszą świętą, w której uczestniczyła cała kompania. Aby zapobiec śmierci wszystkich naraz, zakończono mszę szybko i dostaliśmy rozkaz rozproszenia się po jak największej liczbie sąsiednich domów. Jeszcze raz zszedłem do piwnicy – małej, ale pełnej cywili. Pod jej sufitem było okienko wyglądające na ulicę, zablokowane nie jak zwykle workami z piaskiem, ale starannie ułożonymi w rząd cegłami. Chwilę potem nastąpił w pobliżu przerażający wybuch. Artyleryjski pocisk musiał rozbić się niedaleko okna, gdyż cala sterta cegieł runęła do wnętrza, napotykając mnie na drodze. Jedna z nich uderzyła mnie w tył głowy i zmiażdżyła kawałek czaszki; do dzisiaj można wymacać małe wklęśniecie, gdzie wbił się kant cegły. Gdybym stał o pół stopy bliżej okna, ta cegła sięgnęłaby mózgu… Skończyło się „tylko” ciężkim wstrząsem mózgu: mdłościami, wymiotami, ogłuszeniem, zamglonym wzrokiem i potwornym bólem głowy. Polało się też sporo krwi. Choć żyłem, nie nadawałem się do akcji militarnej. Przeniesiono mnie do najbliższego punktu sanitarnego w innej piwnicy, gdzie sanitariuszki mogły zaoferować mi tylko bandaż, aspirynę i łóżko polowe. Gdy ja wiłem się z bólu w sanitarnej piwnicy, moja kompania walczyła gdzie indziej i ponosiła owe straszne straty.

Symptomy wstrząsu powoli ustępowały w poniedziałek i wtorek, podczas gdy na Mokotowie szalała walka. Opór powstańców stopniowo załamywał się i cały pułk „Baszty” został zepchnięty do małej, kilku ulicowej przestrzeni. Nie wiem, jaki byłby mój los, gdybym pozostał w piwnicy do całkowitego upadku oporu oraz kapitulacji. Może na willę, gdzie była piwnica, spadłaby śmiertelna bomba? Może SS-man wbiegający do piwnicy zabiłby mnie serią ze “schmeissera”. Krążyły pogłoski, że nieraz Niemcy nie brali rannych powstańców do niewoli, ale po prostu zabijali na miejscu. Bojąc się o mój los i ignorując rozkazy co do pozostawiania rannych – przyjaciele z B1 namówili mnie, abym dołączył się do ewakuacji kompanii kanałami do Śródmieścia, wciąż jeszcze walczącego.

O świcie, w środę 27-go września, wszedłem wraz z kolegami do kanału. To, co się tam potem wydarzyło, było piekłem innego rodzaju, ale jest to materiał na osobne opowiadanie. Powiem tylko w skrócie, że wraz z setkami powstańców i nieoczekiwanych cywili spędziłem siedem godzin, wlokąc się tam i z powrotem w ciemności, brodząc po kolana w gęstej, śmierdzącej cieczy. Co gorsza okazało się, że Niemcy zablokowali główny kanał w kierunku centrum miasta. Spowodowało to panikę i chaos, potęgowany wybuchami granatów wrzucanych przez Niemców do włazów. Kompania rozpadła się zupełnie; z jednostki pozostał ze mną tylko “Juliusz” i “Strata”. W pewnym momencie puściły nam nerwy: “poddajemy się, albo zginiemy w kanale jak szczury”. Kiedy wyszliśmy na powierzchnię, okazało się, że naszym przeciwnikiem byli żołnierze z Wehrmachtu, regularnej armii, a nie SS-mani lub ich azjatyccy pomocnicy, sowieccy renegaci, którzy zabijali poddających się bez żadnych skrupułów. Pod ich właśnie eskortą, nie wierząc jeszcze całkiem szczęściu, poszliśmy pustymi ulicami Mokotowa do fortu, gdzie zgromadzono setki jeńców. Z tego miejsca pomaszerowaliśmy do ponurej hali fabrycznej poza Warszawą, a potem, po paru dniach w obozie przejściowym, wsadzono nas do wagonów towarowych i wywieziono na zachód Niemiec, do stałego obozu jenieckiego w okolicy Bremy. Stamtąd, siedem miesięcy później, wyzwoliła nas i mieszankę przedstawicieli innych narodowości niewielka jednostka amerykańskich czołgów i opancerzonych walijskich wozów. Dla mnie był to następny etap burzliwej drogi na zachód i do długiego, pomyślnego i szczęśliwego życia w Wielkiej Brytanii.

 

Advertisements

ZBYGNIEW PELCZYNSKI: A Life Remembered, by David McAvoy (1959)

From E-Learning V

Fig.1 Front Cover: The young Hegel scholar giving a tutorial in his rooms at Pembroke College, Oxford

A Review

Pembroke has had more than its fair share of remarkable dons. It was during his time at the College that J. R. R. Tolkien wrote The Hobbit and the first two volumes of The Lord of the Rings. Sir Robert Mackintosh saved the lives of countless servicemen during the Second World War by his hazardous experiments to test life jackets and other equipment. Sir George Pickering’s work on high blood pressure was ground-breaking. Robert Baldick, the flamboyant, prolific and bearded fellow in French was the celebrated editor of the Penguin Classics series, was in his mid-forties and at the height of his powers when he died in his mid-forties in 1972. Robert Heuston became one of Britain’s most influential and innovative constitutional lawyers. Simon Blackburn went on from his fellowship at Pembroke to become the country’s most famous philosopher, while Piers Mackesy’s historical writings became a model for the study of guerilla warfare.

Among this distinguished gallery, Zbygniew (“Zbyszek”, “Zbig”,” ZAP”) Pelczynski is undoubtedly one of the outstanding and most loved Pembroke fellows of the last century. From the 1950s to the early 1990s he was first a lecturer then a fellow in politics. Yet, this long period of service was neither the beginning nor the end of his career. Since his retirement nearly twenty years ago, he has remained as least as active as before in advising Polish governments and in training young leaders of his native country following the fall of Communism. His work continues as he commutes tirelessly between Barton-on-the-Heath near Oxford and Warsaw.

Inevitably, Zbyszek was something of a mystery to colleagues in light of his early history as a child in Poland, as a fighter in the abortive Warsaw uprising of 1944 and as a prisoner of the Nazis. He stood out in the College not only for his devotion to his students but for his sense of style, which extended to the fashionable modernism of the furniture and artwork in his rooms.

Thanks to David McAvoy, one of Zbyszek’s earliest students at Pembroke, we now have a rounded, very well-written account of his long life. It will be of exceptional interest not only to his pupils and colleagues but to newer generations of Pembrokians to whom the Soviet Union and its grip over Central and Eastern Europe, thankfully, are things of the past.

It is worth noting that it was an innovation of the current Master, Giles Henderson, that led to the author to undertake this ambitious but thoroughly successful work. One of the annual meetings at which the College financial accounts and developments are presented to old members was the occasion when the author started talking with his former tutor and the idea of a biography germinated. The two of them had unusually frank and personal discussions, consulted a considerable number of people who had played parts in Zbyszek’s life and even visited Warsaw together to see the sites where he had narrowly survived during the uprising.

Though the author is at pains to explain that his book is not a conventional biography but rather a collection of reminiscences of his subject, it succeeds in telling an unusual story which will fascinate Pembrokians and Zbyszek’s many admirers in Poland. It has a far wider relevance as the story of a man who was fated to experience the sufferings of Hitlerism, to be exiled from his country by the excesses of Stalinism and who nevertheless exemplified hope, moderation, and tolerance, and who taught the theory and practice of the “civil society”.

While the book was being prepared Zbyszek obviously spoke with notable frankness about topics that are normally passed over. Not only does the Zbygniew Pelczynski: A Life Remembered tell of the subject’s change from active Catholicism to being a non-believer, we learn of the secrets of his sexual development, of his parents’ shortcomings, of initial criticism of his academic capacities by one of his main mentors, of his tax affairs and of aspects of his mental health.

Evidently not all secrets can be revealed in this biography. Perhaps we will never hear the full story about the contest for the Mastership of Pembroke in 1975. This took place when Zbyszek was Vicegerent. In this capacity, he presided over proceedings which led to the final selection of a Master in preference to his own favoured candidate. Little is revealed to the reader apart from the disillusion which Zbyszek felt with the College until Sir Roger Bannister became Master. So, for what it is worth, let the story, as mysterious as The Thirty Nine Steps or The son of The Thirty Nine Steps, continue to be shrouded in darkness and the name of the defeated candidate remain concealed.

As the photograph on the cover of the book well shows, Zbyszek was (and remains) strikingly handsome. Good looks combined with exceptional charm and a talent for friendship. This was to stand him in good stead when he came to Oxford from St Andrews University as a post-graduate student in 1949. It was with his Nuffield College friend David (now Sir David) Butler that he went to a British Broadcasting Corporation party where he met his future wife Denise Cremona. When he rented a country cottage in Berkshire to escape the social attractions of Oxford and to write his doctoral thesis, he found himself a regular invitee of the owner of Compton Beauchamp House, the local Tudor manor. He was even introduced to the equestrian pursuits of the gentry.

Yet, his easy integration into Oxford and into British country life concealed considerable inner turmoil and uncertainty, which were hardly surprising in view of his exceptionally difficult experiences of growing up under Nazi occupation in Poland (well told, though briefly in the book). For over a decade, he did not visit Poland. Only after the death of Stalin and the political thaw in Russia which became evident with the leaking of the secret speech given in 1956 by Communist Party Secretary Nikita Kruschev to the Twentieth Party Congress was there change within Poland sufficient to permit Zbyszek to visit his family and his old friends there.

The 1950s not only was the time when Zbyszek was becoming a part of Oxford life, the decade also was at the height of the Cold War when Western individualism and liberalism was being pitted against Soviet totalitarianism. Instinctively, Zbyszek did not feel comfortable with the rhetoric that posited such an extreme contrast between two opposing types of society. When he revisited Poland in the late 1950s, he saw a country which, though restricted and undemocratic, could not realistically be described as “totalitarian”. Moreover, the individualistic philosophies of Sir Karl Popper (a particular bete noire of his) and even of his friend Sir Isaiah Berlin ignored the communitarian features of a good society. Zbyszek was ahead of his time in taking this position. Until his McCallum Lecture of 1982, he was reluctant to set out his social philosophy in his publications and public utterances.

During his his twenty years at the College, such caution meant that he fell short of becoming a famous public intellectual like Berlin. But the gainers were his students with whom he had inspiring discussions. Later, Zbyszek was to become an important political actor during the period of marshall law in Poland in the 1980s and after the fall of the Communist regime. He showed the same devotion to scholars and young political leaders in Poland and in other parts of Central and Eastern Europe that he has always shown to his charges at Pembroke.

The book shows that Poland, though his primary overseas passion, was by no means his only interest. There are accounts of his enthusiasms for Israel, Australia and for some aspects of the United States.

This is a full and varied account of an inspiring life which is still in full flow.

Michael Pinto-Duschinsky (1961)

Fig. 2 Taking a tutorial – Pembroke College